Zjadłem Marco Polo

indeks

Pierwsze, o czym myślałem w trakcie czytania, i w czym utwierdzała mnie każda kolejna strona, to fakt, iż autorowi udało się dobrać niebywale trafny tytuł dla swojej książki. Po mistrzowsku puentuje on bowiem lekturę, przywodząc na myśl podejrzenie, że twórca zjadł nie tylko Marco Polo, ale i więcej osób, a raczej ich wyselekcjonowane i cenne części…*

Na okładce możemy przeczytać, iż autor „zabiera nas w podróż do Azji Centralnej, która jest jego miłością i celem wypraw od dwudziestu lat.” To może być klucz do rozwiązania zagadki chaosu, jaki cechuje to wydawnictwo. Jak bowiem można zawrzeć wspomnienia, przemyślenia i czar dwudziestu lat obcowania z bogactwem Azji na 237 stronach? Odpowiedź jest prosta: nie można!

Autor starał się rozwiązać ten problem, tworząc coś na wzór gawędy, lekkiej, przyjemnej i ciekawej, co jednak nie do końca mu się udaje. Oczywiście w moim prywatnym odczuciu. Mimo szczerych chęci już po kilkunastu stronach zaczynałem przeskakiwać akapity w poszukiwaniu wątków, które dadzą punkt zaczepienia i będą stanowiły jakąś logiczną konstrukcję, która pozwoli się relaksować przy lekturze, a może nawet wczuć w nią. Niestety, najwyraźniej mój kiepski gust literacki i całkowity brak zrozumienia formy narracji sprawił, że zaczynałem zastanawiać się, czym podpadłem Naczelnemu, że kazał mi recenzować tę pozycję.

Pozwolę sobie na pierwszy lepszy cytat:
„My jedziemy w prawo, w stronę przełęczy Tosor. Trzy lata temu próbowałem dotrzeć tu od drugiej strony, byliśmy jednak nieprzygotowani i utknęliśmy 10 kilometrów stąd. Ale dziś też się nie uda, upadam kilka razy na dystansie kilkuset metrów. Nic strasznego się nie dzieje, po prostu nie da się jechać – jest za dużo śniegu, nie widać kamieni ani strumyków. Trzeba będzie spróbować za rok”.
Zdziwienie (poza samą konstrukcją wypowiedzi) wywołuje fakt, iż autor wyraźnie pisał iż… jadą samochodami. Jest! W kolejnym zdaniu już pisze o motocyklu… skąd, gdzie i kiedy – nie wiadomo, zresztą nie ma to znaczenia, bo zaraz znów będzie jechał autem.

I tak mniej więcej przez cały czas: chaos, zbędny patetyzm i niekończący się zalew pytań retorycznych mordują lekturę i czytelnika. Ale aby zostawić kilka suchych nitek napiszę, iż książka jest bardzo estetycznie wydana i złożona do druku, zawarte w niej fotografie są naprawdę piękne. Dzięki dużej interlinii i rozsądnej wielkości kroju czyta się ją w okamgnieniu. Może się podobać, bo w końcu każdy ma nieco inny gust. Polecam ją tym z Was, którzy lubicie luźne i przyjemne książki idealne dla nieabsorbującego zabicia czasu i liberalnie patrzycie na niedoskonałość formy lub związki przyczynowo-skutkowe oraz nie wymagacie, aby po zamknięciu książki “coś pozostało”.

Karol Olgierd Borchardt w jednej ze swoich książek przedstawił postać Eustazego Borkowskiego, nadając mu przydomek „Szaman Morski”. Po lekturze „Zjadłem…” autor, dzięki specyficznemu stylowi, bardzo plastycznie kojarzy mi się właśnie z tą postacią, stając się w moich oczach „Szamanem Motocyklowym”…

Ale ja wcale nie muszę mieć racji – przekonajcie się sami, czytając książkę Krzysztofa Samborskiego i wyróbcie sobie własne zdanie!

 

Autor: Jacek Łukawski

Tekst publikowany był w kwartalniku „Swoimi Drogami”

 

Autor: Krzysztof Samborski
Wydawca: Bezdroża (http://bezdroza.pl)
Format: 150×210
ISBN Książki drukowanej: 978-83-246-8513-4, 9788324685134
ISBN Ebooka: 978-83-246-9307-8, 9788324693078
Ilość stron: 240 (228)
Cena okładkowa: 39,90zł (aktualnie do kupienia za 31,92zł)
http://bezdroza.pl/ksiazki/zjadlem-marco-polo-kirgistan-tadzykistan-afganistan-chiny-krzysztof-samborski,beazjc.htm

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>