Stalowe Szczury – Ważny dzień

ssr

Koło obracało się leniwie, rzucając co chwilę słoneczne odblaski, a gorące powietrze przesycone było sennym bzyczeniem owadów i zapachem lata, w którym dawało się wyczuć subtelną nutę rozgrzanego żelaza i benzyny.

Kapitan leżał w soczystej trawie, żując któreś z kolei źdźbło i wpatrując się w chmury. To był jeden z tych momentów w życiu, gdy człowiek w pełni docenia piękno i harmonię wszechświata. Słowa piosenki same cisnęły się na usta: „Oprócz błękitnego nieba, nic mi dzisiaj nie potrzeba”. Oto wolność nieskrępowana ziemskimi troskami!

* * *

Poranek okazał się deszczowy w ten irytujący, niezdecydowany sposób, w który matka natura stara się, od czasu do czasu, dać do zrozumienia, kto tu tak naprawdę rządzi. Jednak daleko na horyzoncie wyłaniał się błękit, dając nadzieję na to, że ten „pokaz sił” wkrótce się skończy. Kapitan wyszedł z klatki schodowej, z uśmiechem witając rzadkie krople ciepłego deszczu i z kaskiem pod pachą ruszył dziarsko przed siebie. To był bardzo ważny dzień, bo właśnie dziś – już za chwilę – miał odebrać motocykl od mechanika.

Cała historia zaczęła się jakiś czas temu. Nowy nabytek okazał się być, wbrew zapewnieniom poprzedniego właściciela, w stanie uniemożliwiającym jazdę, co skończyło się powrotem w środku nocy z miejsca, gdzie nawet diabeł się nie zapuszczał, bo mówić „dobranoc” nie było komu.

Motocykl przyjechał na lawecie i został wstawiony do garażu, gdzie niegdyś stała pierwsza Kapitańska „udręka”.

Po jako takim ogarnięciu instalacji elektrycznej przez Jenota oraz ogólnym przeglądzie i konserwacji reszty motocykla, Kapitan doszedł do wniosku, że kolejny rok nie będzie walczył z silnikiem i tym razem odda pojazd w ręce spe­cja­listy, tym bardziej, że coraz częściej brakowało mu czasu na garażowe grze­banie. Tak więc pewnego dnia, razem ze Szczupakiem, przepchali Jawę na drugi koniec miasta do warsztatu Gryki. Tym samym – wedle obliczeń Jenota – Kapitan osiągnął okrągłą liczbę dwudziestu kilometrów pchania (a wliczając próby odpalenia poprzedniej „udręki” – około pięćdziesięciu) na jeden kilometr jeżdżenia, gdy w końcu udało się „udrękę” odpalić i Kapitan odbył honorową przejażdżkę, po której żelastwo sprzedał.

Kilkanaście dni potem Gryka obwieścił rychły koniec „ożywiania” nowego Kapitańskiego motocykla. Konieczne okazały się szlif i wymiana wału. Tym samym Kapitan pozbył się ostatniego cienia wyrzutów sumienia, jakie czasem go nękały na myśl o tym, że motocykl naprawiany jest przez kogoś innego. No, ale w jego sytuacji, gdy garaż był na drugim końcu miasta, w dodatku pozbawiony wygód w postaci elektryczności, a sam Kapitan dzielił czas między wyrabianie nadgodzin w pracy a spotkania z ukochaną, nawet ten cień wyrzutów nie powi­nien się pojawić.

Owszem, Kapitan zawsze podziwiał tych, którzy sami wszystko robią, zazdroszcząc im tego, że mają czas i warunki. Opierając się na doświadczeniach z poprzednim motocyklem, zaczynał dochodzić do wniosku, że na komfort własnoręcznego naprawiania i remontowania motocykla mogą pozwolić sobie albo ludzie bardzo szczęśliwi – robiący to z miłości, jako część swojej pracy, albo ci, których życie jeszcze nie „obdarowało” nadmiarem obowiązków. Na drugim biegunie byli ci, którzy przeszli już przez turbulencje ustatkowania się i mogli w końcu gospodarować wolnym czasem bez szkody dla priorytetów w postaci rodziny i pracy oraz – na końcu – ci, którzy obdarowani nadmiarem obowiązków na tyle spieprzyli wszystko, że został im już tylko motocykl jako substytut relacji z otoczeniem. Ci byli najciekawsi ze wszystkich, którzy kochali motocykle. W porównaniu z resztą, tacy ludzie mieli w sobie coś z zoofili – też miłość, też stosunki, tylko nie do końca zdrowe…

* * *

–    Odpalaj! – Gryka z błyskiem zadowolenia w oczach rzucił Kapitanowi kluczyki. Kapitan z namaszczeniem umieścił je na swoim miejscu, przekręcił, z radością witając rozbłysk kontrolek. Odkręcił kranik, włączył ssanie i kopnął… kopnął raz jeszcze… i jeszcze… i raz – po czym spojrzał bezradnie na Grykę.
–    Rano paliła – mechanik drapał się po głowie, zupełnie nie zważając na to, że przed chwilą grzebał w jakiejś skrzyni biegów. – Odpalimy na pych!
–    To ja wepchnę ją tam na górkę i zjadę.
–    Nie! – Gryka zepchnął Jawę z podstawki. – Tu wystarczy miejsca – po czym zaczął rozpędzać motocykl.
–    Czy rozkleiliśmy sprzęgło? – zdążył pomyśleć Kapitan, po czym z głośnym rykiem i głuchym uderzeniem uzyskał odpowiedź.

Trzeba przyznać, że Gryka ratował motocykl własnym kosztem i z ogromnym poświęceniem. To musiał być odruch bezwarunkowy, bo nikt o zdrowych zmysłach nie zrobiłby tego w trakcie ataku na betonowe ogrodzenie.

Na szczęście jęki mechanika obwieściły, że żyje. Co prawda dochodził do siebie przez jakieś pół godziny, przez które Kapitan wahał się, czy nie wezwać karetki, a przez następne dwa miesiące goił stłuczenia i obtarcia, ale jawa wyszła z tej przygody prawie bez szwanku, jeśli nie liczyć zarysowanego i przesuniętego wydechu, wygiętego podnóżka i rys na lakierze, który i tak wkrótce miał być zmieniony.

–    Wypróbuj ją – zaproponował Gryka, gdy już przestał pojękiwać i upewnił się, że z motocyklem wszystko jest dobrze.

Kapitana nie trzeba było dwa razy namawiać. Tym razem upewnił się, że sprzęgło jest rozklejone. Jawa odpaliła od pierwszego kopnięcia i już po chwili gnali przed siebie w stronę najbliższego ronda.
–    Jest problem z biegami – Kapitan zgasił silnik. Gryka już zdejmował pokrywę.
–    Nie dziwota, bo zapomniałem ci, bracie, sprzęgło przykręcić! Potrzymaj no tu obcążkami…

* * *

Chmury leniwie płynęły po nieboskłonie. Nadgryzione źdźbło wypadło i łaskotało w brodę, ale Kapitanowi nie chciało się ruszać, żeby się go pozbyć. Słodkie lenistwo, słodka wolność – tego mu było potrzeba, o tak! Po przejażdżce leżeć na pachnącej latem łące, nie wiadomo gdzie.

Oczy same się kleiły, zachęcane kołysanką pszczół i odległym świergotem ptaków… Drzemka? Czemu nie! Przyjemnym zrządzeniem losu bateria w telefonie rozładowała się podczas ostatniej rozmowy – smycz przestała spełniać swą rolę, więc nikt mu nie będzie przeszkadzał… Oczy same się zamykały…

* * *

–    Teraz będzie dobrze! – Gryka, mimo sińców i widocznej opuchlizny, uśmiechnął się. W sumie, dla niego był to w pewnym sensie stan naturalny
– ganiał crossem po lasach ćwicząc do zawodów, więc do kontuzji był przyzwy­czajony. – Testuj!
Kapitan przetestował. Tym razem Jawa chodziła jak w zegarku. Ledwo Kapitan zdał relację z jazdy, gdy zadzwonił Jenot dopytując, co z motocyklem.
–    Super! – Kapitan cieszył się jak małe dziecko. – Masz czas? Jedziemy gdzieś?
–    Oj stary, jeszcze trzy godziny siedzę na uczelni, ale potem chętnie!
–    Nie wytrzymam tyle, muszę jechać, bo mnie rozerwie.
–    To jedź, a potem się zdzwonimy i dołączę.
–    To jest myśl!

Wkrótce Kapitańska Jawa pędziła w nieznane. Wyjechał z miasta, skręcił w którąś z bocznych dróg i rozkoszował się wrażeniami. Serce biło jak szalone, a z ust nie schodził uśmiech. Jest! W końcu! Tyle lat czekania, marzeń, wyrzeczeń i wysiłków, i w końcu jest!

Nareszcie będzie mógł uciec, kiedy tylko zechce… od kłopotów, problemów i codzienności. Tylko on i motocykl, motocykl i on, i… wolność! Nieskrępowana, krystalicznie czysta, idealna wolność i oderwanie od parszywego, konsumpcyjnego społeczeństwa. Precz z kłopotami! Precz ze zniewoleniem! Precz z konsumpcją!

* * *

Obudził go narastający warkot, którego nie można było pomylić z niczym innym. Wstał, przeciągając się akurat, by zobaczyć jak Jenot parkuje Cześkę w blasku zachodzącego słońca. Widok zaiste piękny i wart kontemplacji do momentu, do którego Jenot nie zdjął kasku z głowy.

–    Czyś ty oczadział do cholery? Od sześciu godzin jeżdżę i cię szukam!
–    Żartujesz…
–    Nie! – wściekał się. – Ja nawet nie wiedziałem, że takie zabite dechami wioski istnieją! Dalej się nie dało?
–    No nie dało… – przyznał Kapitan ze skruchą.
–    Całe szczęście – Jenot zamachał wyciągniętą z plecaka bańką benzyny
– że ci się paliwo skończyło, bo bym cię chyba do śmierci szukał… Zachciało ci się samemu jechać, to masz! Następnym razem zatankuj i naładuj telefon i – na litość – patrz gdzie jedziesz, bo informacja: „Prosto z miasta i w lewo przez wioski” niewiele pomaga!

132

Autor: Jacek Łukawski

Opowiadanie pojawiło się w książce „Gawędy Motocyklowe” – Wydawca: Wydawnictwo Motocyklowe 2012,  ISBN: 978-83-934243-0-6

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>