Stalowe Szczury – Szczupak

ssr

Kapitan lekko położył się w zakręt. Nie jechał szybko, ot tyle, aby mieć prawdziwą frajdę. Silnik, stłumiony odjęciem gazu, po chwili ryknął, gdy motocykl pokonał wierzchołek łuku. Cześka wyprostowała się płynnie i poszła po prostej jak arab na Wielkiej Pardubickiej. To nie był najlepszy dzień, kilka spraw się pokomplikowało rano, ale teraz przestało to mieć znaczenie, problemy zostały w tyle wraz z błękitnym obłokiem spalin…

Choć, jeśli spojrzeć na to z innej perspektywy – filozoficznej – problemy były nadal, nie ulotniły się gdzieś, istniały, bo przecież od zawsze były paliwem świata – bez nich życie byłoby nic niewarte.
W tym momencie, na przykład, napędzały świat, aby przesuwał się pod kołami motocykla, który jak izolacja oddzielał od nich, pozwalając cieszyć się pędem wiatru, warkotem i drżeniem. Przy okazji ładował akumulatory tolerancji wobec wszystkiego, co staje na przeszkodzie. To na razie tyle, jeśli idzie o Kapitańską filozofię. Odkręcił manetkę i przyspieszył, zbliżała się druga po południu.

Szczupak już czekał przed blokiem, ubrany w koszulkę, dżinsy i jakieś sportowe buty. Na ramiona jednak narzuconą miał kurtkę, taką prawdziwą – motocyklową, ze wzmocnieniami w newralgicznych miejscach i ze ściągaczami, zrobioną z grubej, czarnej skóry bydlęcej. Wyglądała naprawdę bojowo, oryginalna Hein Gericke. Wysyłkowo kupił ją Kapitan, ale, niestety, okazała się za mała. Odkupił ją właśnie Szczupak, którego ciągnęło do motocykli, ale bardziej teoretycznie niż praktycznie… Szczupak cierpiał najprawdopodobniej na syndrom zbyt długiego przebywania w Kapitańskim towarzystwie i wszystko wskazywało na to, że był nosicielem wirusa, ale jeszcze nie zachorował.

* * *

Zupełnie przypadkowo podsumował to kiedyś Mały.

Tak się złożyło, że Kapitan zawiózł do Gryki motocykl, a na drugi dzień chciał dowieźć kilka części. Pomógł mu w tym Szczupak, który wiedząc, że jadą z częściami motocykla do mechanika motocyklowego, nie omieszkał założyć swojej skóry, dzięki czemu wyglądał jak prawdziwy biker. U Gryki Kapitan
Szczupaka przedstawił, pogadali i pojechali. Kilka dni później Kapitan znów był u Gryki, tym razem z Małym. Siedzieli i rozmawiali, a Gryka grzebał w jakiejś rozprutej „japonii”. W pewnym momencie w rozmowie ktoś wspomniał
o Szczupaku, na co Gryka zainteresował się:
–    O, właśnie miałem pytać, bo wcześniej chłopaka nie znałem, na czym on jeździ?
Mały zareagował:
–    Na niczym nie jeździ!
–    Jak to? – Gryka był zbity z tropu, wspominając bikerski wizerunek Szczupaka. – Nie ma motocykla?
–    Nie, motocykla nie ma… ale ma kurtkę!

Mina mechanika bezcenna…

Niemniej Szczupak zawsze „był” – można było na niego liczyć w prawie każdej sytuacji i nieraz wplątywany był i wykorzystywany do „niecnych celów”, jak na przykład przewożenie części, motocykli czy wyjazdy w celu ich oglądania. W mniemaniu Kapitana, takie angażowanie we wszystko, co związane z motocyklami, miało pomóc w tym, aby Szczupak w końcu miał coś więcej niż kurtkę. Wciąż miał nadzieję, że chłopak dozna duchowej przemiany i stanie się motocyklistą. Szczupak, niestety, zdawał się być odporny – psuł namiętnie statystykę – zarażony, ale nie chory…

–    Szczupak! Kup sobie w końcu motocykl! – czasem po prostu postanawiał otwarcie atakować. – Czemu nie chcesz kupić?
–    Nie mam pieniędzy, a motocykl kosztuje – i zakup, i utrzymanie… I prawko musiałbym zrobić – znów kasa…
–    Zależy, jaki motocykl… Ja ci mówię, kup coś taniego, do grzebania. Po­patrz na moją Jawę – dałem za nią ledwo ponad trzysta złotych i…
–    Nie jeździła.
–    No tak, ale zabrałem się do naprawy – przecież cała przyjemność jest w tym, aby samemu zrobić.
–    I koszty…
–    Ale rozłożone w czasie – kurde, a ile radości z każdej chwili z łapami w smarze! I zajęcie na weekend! Zobacz, ile już zrobiłem…
–    I dalej nie jeździ.
Mistrz ciętej riposty się znalazł.
–    Ale B Ę D Z I E  J E Ź D Z I Ć !
–    Tak, tak, oczywiście… – Szczupak, mimo swego czarnowidztwa, miał odruchy samozachowawcze .– Tyle, że ty wiesz, co i jak, a ja się na tym nie znam, nigdy nie naprawiałem motocykla.
–    Więc przy okazji byś się nauczył, tak jak ja. Przecież kiedyś musi być ten pierwszy raz.
–    Ale…
–    Ale co? Pieniądze? Rozumiem argument, ale do mnie nie trafia. Przypomnij sobie, ile mnie kosztowało zachodu odłożenie na motocykl – te głupie kilkaset złotych ciułałem przez rok prawie, oszczędzając na biletach na autobus i ganiając do pracy i z pracy na piechotę przez pół miasta, nie mówiąc o innych wyrzeczeniach. Zarabiam o połowę mniej niż ty, a czesne zjada prawie całą wypłatę. A ty nawet nie palisz, więc i na papierosy wydawać nie musisz! Ja wiem, że jeśli się chce, to się da – to tylko kwestia determinacji.
–    Ja rozumiem, że się da – Szczupak z doświadczenia już wiedział, że dalsze brnięcie w licytację na argumenty nie doprowadzi do niczego, poza długim i nud­na­wym monologiem, w którym Kapitan udowodni każdą możliwą tezę, opierając się na przeświadczeniu, iż wielokrotnie powtarzany własny argu­ment zyskuje przewagę nad argumentem interlokutora. – Tyle, że pomijając wszystko,
tak naprawdę… – zaczerpnął tchu. – Tak naprawdę ja nawet nie wiem, czy jazda motocyklem mi się spodoba – zamilkł na chwilę, widząc malującą się na Kapitańskiej twarzy grozę. – Bo przecież nigdy nie jeździłem. To, czym jest jazda, wiem z twoich opowieści i własnego wyobrażenia, ale nie wiem, czy rzeczywistość okaże się podobna… Po prostu nie wiem, jak to jest, więc nie wiem, czy to mi odpowiada…

Kilka tygodni nie wrócili do tematu.

* * *

Kapitan zatrzymał się tuż obok ławki, na której czekał Szczupak. Zapachniało spaliną, rozgrzanym żelazem, gumą, oktanami… Silnik umilkł.
–    Długo czekasz? – przywitał się.
–    Nie, chwilę – patrzył, jak Kapitan wyciąga z plecaka kask. – A gdzie tak w ogóle jedziemy?
–    Ha! Zobaczysz.

Chwilę później gnali już przed siebie. Jenotowa Cześka zdawała się nic sobie nie robić z dodatkowego obciążenia i wesoło toczyła się, przyspieszając i kładąc się w zakręty, jak gdyby przybyło jej koników mechanicznych. Zdawała się aż prosić o to, aby wyskoczyć za miasto i pomknąć w stronę horyzontu, ale Kapitan miał inne plany. Zagłębili się w gąszcz miejskich ulic i brnęli przez światła, pieszych i korki, mozolnie i cierpliwie, aż w końcu wynurzyli się na drugim końcu, by po chwili dotrzeć do celu.

Minęli samochód nauki jazdy, który jak ślepy żółw próbował trafić w zaimprowizowany garaż lub miejsce parkingowe i powoli potoczyli się starym asfaltem w głąb chwastów. Był to teren zielony, który zapewne marzył skrycie, aby być łąką, w istocie będąc wypełnieniem przestrzeni pomiędzy miejskim zalewem a ulicą i osiedlem za nią. Jeszcze niezabudowana łacha zielska, którą ktoś kiedyś postanowił przeciąć równoległymi, wąskimi pasmami asfaltu niesprecyzowanego przeznaczenia. Te pasy wybiegały z parkingu i ginęły w chwastach.

Parking w słoneczne, najczęściej weekendowe dni zapełniał się samochodami tych desperatów, którzy szukali ochłody, a nie chcieli wyjeżdżać za miasto. Często stawał się również terenem, na którym rozbijał się cyrk lub wesołe mia­steczko i z rzadka tylko awansował na podłoże pod scenę przy okazji jakiegoś koncertu.
Na co dzień, natomiast, prowadził zwykłą, szarą egzystencję pustego parkingu, na którym młodzi adepci sztuki prowadzenia pojazdów maltretowali pachołki, samochody i instruktorów.
–    Po co tu przyjechaliśmy? – Szczupak rozglądał się bez większego zainteresowania.
–    Bo to ważne miejsce. Ściągaj kask! – Kapitan zapalił papierosa. – Tu pierwszy raz w życiu prowadziłem motocykl, to znaczy uczyłem się jeździć. Miałem wtedy gdzieś ze dwanaście lub trzynaście lat, kiedy wujek po inten­sywnych namowach zabrał mnie tu i pozwolił pojeździć swoim ogarem. A teraz ja przywiozłem ciebie i ty tu pierwszy raz poprowadzisz motocykl!
–    Ale…
–    Żadnego ale… – przerwał mu. – Wszystko zaraz ci wytłumaczę!

Wpierw omówili każdy element motocykla związany z jazdą, potem technikę ruszania i zatrzymywania się oraz procedurę awaryjną w razie zagrożenia. Następnie Kapitan wprowadził Cześkę na trawę i położywszy ją delikatnie na boku, kazał Szczupakowi podnosić i kłaść na drugą stronę, aby ją wyczuł w zakresie masy.

W końcu Szczupak siedział na motocyklu i „uczył” się biegów.
–    Pamiętaj, że ona ma kopa – to nie zabawka. Musisz bardzo uważać i płynnie operować gazem i sprzęgłem, żebyś nie stracił panowania nad nią. Opony są stare, więc tym bardziej proszę cię, uważaj. To pierwsza lekcja – masz się tylko oswoić z motocyklem, a potem przyjdzie czas na więcej jazdy. Jasne?
–    Pewnie, że jasne – mimo stresu dało się dostrzec w oczach Szczupaka tę specyficzną iskrę, jaka najczęściej towarzyszy pierwszemu spotkaniu z jednośladem, a która potem rozpala ogień. – Boję się, więc jestem ostrożny.
–    Na początku po prostej powoli, tak ze trzydzieści metrów, potem zawróć i tak kilka razy. Tak, jak rozmawialiśmy.
–    Oczywiście!

Za trzecim razem udało się ruszyć i Szczupak zaczął powoli nawijać swoje pierwsze metry na koła. Kapitan patrzył, stojąc z boku z papierosem w zębach i pokrzykując od czasu do czasu, gdy widział, że Szczupak czegoś nie jest pewny lub po prostu starając się dodać otuchy… bardziej sobie. Po pierwsze dlatego, że ciążyła mu świadomość, że to nie on prowadzi… mimo iż Cześka była Jenota, ale w końcu on dziś był jej „czasowym” jeźdźcą, a tym samym „czasowo” była jego własnością, co dawało mu prawo do odczuwania dyskomfortu z powodu wypożyczenia „czasowo swojego” motocykla. Po drugie, Cześka była Jenota, Jenot nic nie wiedział o tym genialnym pomyśle, mającym na celu „uczłowieczanie” Szczupaka, więc wypadało, aby się nie dowiedział, czyli aby motocykl nie ucierpiał w żaden sposób. Po trzecie, które w istocie wynikało w prostej linii z drugiego, miał po prostu wyrzuty sumienia z powodu oddania powierzonej sobie Czesi w inne ręce.

–    Super! – Szczupak zatrzymał się obok. – Już ją zaczynam czuć!
–    No – Kapitan zgasił papierosa – do tego jeszcze daleko, ale teraz możesz pojeździć po parkingu, bo „żółwik” skończył maltretować pachołki – ruchem głowy wskazał „elkę”, która usilnie próbowała włączyć się do ruchu ulicznego. – Tylko nie wyjeżdżaj, proszę, poza parking i U W A Ż A J !
–    Jasne! – ruszył na spotkanie z przestrzenią (powiększoną o strefę parkingu, ale jednocześnie dającą o wiele więcej możliwości niż jazda w kółko). Kapitan patrzył w ślad za nim zastanawiając się, czy Szczupak już zaczyna „dojrzewać”. Wydawało mu się, że w postawie przyjaciela, w zmienionym głosie i wyrazie twarzy dostrzega zalążek tego, o co chodziło.

Szczupak wyraźnie poczuł się pewniej i przyspieszył, nawrócił i przeciął cały asfalt, wjeżdżając w jedną z asfaltowych ścieżek, aby na jej końcu ponownie zatoczyć kółko, zjechać w drugą i wracać, mijając Kapitana stanowczo za szybko.

–    UWAŻAJ! – krzyknął, widząc na twarzy Szczupaka już nie iskrę i sku­pienie, a raczej „maślany niebyt”. – ZWOLNIJ!

Ale Szczupak już nie słyszał, oczyma wyobraźni widząc przed sobą otwartą drogę, przechylił się lekko w lewo, a za chwilę w prawo, wymijając krawężnik i wjeżdżając na parking. Przed nim otworzył się długi odcinek asfaltu:
–    Wolność! – odkręcił manetkę.

Cześka jęknęła, gdy tylnie koło straciło przyczepność na rozsypanym w tym miejscu piasku i tył motocykla popłynął w lewo. Motocykl prześlizgnął się po piachu i, gdy koło złapało ponownie asfalt, wyprostował gwałtownie, katapultując Szczupaka, po czym kontynuował samotnie swój tor jazdy. Kapitan biegł mijając lecące, spanikowane ciało i goniąc motocykl, ale Cześka była za daleko. Z przerażeniem, jak na zwolnionym filmie widział, jak wytraca prędkość, kilka metrów poza jego zasięgiem, jak przechyla się niebezpiecznie na jedną stronę, jak kierownica składa się i motocykl „wali” na asfalt tuż przed nim z mrożącym krew w żyłach zgrzytem. Nie zdążyła dobrze wyhamować, gdy Kapitan już ją podnosił.

Szybka ocena! Pęknięty migacz, ułamany zaczep lampy, zarysowana klamka… Co więcej? Jeszcze raz, po kolei: migacz, zaczep, klamka… Dalej: podnóżek i dźwignia zmiany biegów – ale tu tylko gumy przytarte… O czymś zapomniał, jeszcze raz od początku, pełne skupienie: klosz migacza do wymiany, zaczep lampy trzyma, ale do wymiany, bo pęknięty, klamka przytarta, ale wytrzymała, gumy podnóżka i dźwigni to nic…
Coraz mocniej czuł, że coś przeoczył – jeszcze raz! Wydechy – bez strat, lagi… proste – bez śladu… Ogranicznik? Nieprzebity – jest dobrze… Blachy? Bez wgnieceń i rys…

Krew pulsowała mu w skroniach – na sto procent o czymś zapomniał! Jeszcze raz obejrzał cały motocykl, i jeszcze raz… Usilnie starał się przypomnieć sobie, co zapomniał sprawdzić. Jeszcze raz po kolei… Wszystko? Na pewno wszystko? Coś niezwykle istotnego umknęło jego uwadze! Na pewno zapomniał! Paliwo? Nie leje się, kranik zakręcony od razu. Kluczyk – wyjęty… Jeszcze raz po kolei…
Wtem spłynęło na niego olśnienie. Odwrócił się.
–    Żyjesz? – Szczupak powoli zbierał się z ziemi. – Jak żyjesz, to będziesz żył!

96

Autor: Jacek Łukawski

Opowiadanie pojawiło się w książce „Gawędy Motocyklowe” – Wydawca: Wydawnictwo Motocyklowe 2012,  ISBN: 978-83-934243-0-6

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>