Stalowe Szczury – Izirajder

ssr

Kapitan siedział na trawie, oparty o motocykl i palił leniwie papierosa. Ogromna łąka, otoczona z trzech stron lasem, była cicha i spokojna, jeśli nie liczyć
rdze­nnych mieszkańców, którzy od czasu do czasu próbowali wdrapać się, wpełznąć lub wskoczyć na nienaturalną dla nich przeszkodę w postaci motocykla i jego właściciela. Daleko za łąką, nieco w dole, rozlewała się wioska – wystarczająco daleko, aby sprawiać wrażenie zastygłej w bezruchu – cicha i spokojna. Za wioską, po drugiej stronie, znów rosły lasy i pięły się po wzniesieniach, szumnie nazywanych przez miejscowych górami. Po niebie sunęły rozciągnięte włosy chmur, a wokoło rozlegał się śpiew ptaków. Wspaniały
nastrój psuł jedynie fakt, że była godzina 7.50 rano i trzeba było zbierać się, aby zdążyć na ósmą do pracy.

Daleko nie miał. Wystarczyło cofnąć się kilkaset metrów polną drogą do zabudowań ukrytych za drzewami, dalej kolejne kilkaset metrów do asfaltówki, skręcić w lewo i po trzystu metrach był przed firmą. Odpalił Jawę i ruszył ostrożnie po nierównej, wyrzeźbionej przez wodę ścieżce. To był pierwszy dzień po remoncie.
* * *

Motocykl, kupiony „na chodzie”, przyjechał ostatecznie na lawecie. Kapitan, jadąc po niego kilka tygodni wcześniej do jakiegoś Pcimia, obiecał sobie, że kupi tylko wtedy, gdy motocykl odpali, mimo że wcześniej, gdy go oglądał pie­rwszy raz, rozpalił jego wyobraźnię. Miał w sobie „to coś”, którego nie da się nazwać. Oglądał inne Jawy, ale tylko ta, mimo swego kiepsko położonego lakieru i kilku drobnych „agropomysłów”, tak bardzo mu się spodobała. Kondensator od kosiarki, krótkie wydechy, lakier kładziony sprayem, w kolorze z gatunku
„ostrzegawczych” – to były łatwe do usunięcia zmiany. Najważniejszy był silnik – postanowił: musi odpalić! Jeśli odpali – biorę, nie odpali – nie. Jawa odpaliła, ale rozładowany do cna akumulator, na potrzeby testu podłączony do prostownika, stanowczo nie pozwalał na jazdę. Mimo telefonicznych, gorliwych zapewnień sprzedającego o stanie motocykla, Kapitan po wizycie i próbach reanimacji zmuszony był wracać do domu na własnych nogach. Klnąc, na czym świat stoi, poszedł na przystanek, aby zabrać się pekaesem lub busem. Z racji tej, że oglądać motocykl przyjechał wczesnym popołudniem, gdy znów znalazł się na przystanku, powoli zapadał wieczór. Analiza rozkładu jazdy upewniła go w przekonaniu, że w kraju źle się dzieje. Dwa papierosy później został zgarnięty przez busa, który, co prawda, nie jechał w jego kierunku, ale w kierunku drogi krajowej, na której łatwiej było o podwózkę, jak mogłaby wskazywać logika i kierowca busa… Ani jedno, ani drugie, niestety, nie miało racji.

Było koło dwudziestej, gdy zrezygnował na chwilę z machania na mijające go pojazdy i smętnie popatrzył na telefon – trzeba było doładować kartę. Ciemno wokoło, latarni brak, do najbliższych zabudowań kilka kilometrów, do domu kilkadziesiąt, jezioro, las… Tylko wilków brakuje – jak nic zostanie tu do rana, bo nic się nie zatrzyma w środku nocy, więc pozostanie albo nocować pod drzewem, albo iść całą noc… Telefon ożył!
–    Jenocie, z nieba mi spadłeś!
–    Mów mistrzu, jak moto? Kupiłeś?
–    Mniej więcej tak… Słuchaj, masz może ochotę na małą wycieczkę?
W ten sposób, przed północą, dojeżdżał jako pasażer na Jenotowej Cześce do miasta, dziękując w duchu wszechświatowi za wynalezienie i utrzymywanie instytucji przyjaciół.

Kilka dni potem Jawa przyjechała na lawecie, a wkrótce potem trafiła w ręce znajomego mechanika Gryki. Kapitan doszedł do wniosku, że ma za sobą już osobisty remont poprzedniego motocykla, którym udowodnił sobie, że potrafi, a teraz po prostu czasu brakuje, aby się w tym grzebać. Do tego Gryka był specem od czeskich sprzętów, więc logika zatryumfowała i Jawa trafiła do zawodowca.

–    To niemożliwe, żeby ona odpaliła! – Gryka podniósł głowę na widok Kapi­tana. – Koleś po prostu pieprzył farmazony.
–    Nie koleś, tylko ja, bo sam przy tym byłem – uścisnęli sobie dłonie.
–    Nie ma takiej opcji – Gryka pokręcił głową – Chłopie! Ona  n i e  m o g ł a  odpalić! – wyraźnie zaakcentował „nie mogła”.
–    No jak nie mogła, jak sam byłem, widziałem i tak dalej! – to była podstawa. Powiedziałem sobie, że jak odpali to wezmę, jak nie to nie!
–    Niemożliwe! Ona ma takie luzy między tłokiem a cylindrem, że tam człowieku, mysz przebiegnie! Pierścieni prawie nie ma do tego! Ona nie ma kompresji, więc NIE MOGŁA ODPALIĆ!

Kapitan popatrzył z czułością na motocykl: nie mogła, a jednak odpaliła. Poprzedni właściciel na pewno nie grzebał w silniku przed dowozem na lawecie, bo widać byłoby, że odkręcał głowice – tymczasem pokryte były patyną kurzu tak, jak je widział w dniu oględzin. I jak tu nie mówić, że motocykle mają duszę?

Rozebrać silnik, sprawdzić wszystko, wymienić, co należy, zrobić szlif – za tydzień do odbioru.

* * *

Do pracy dojechał pięć minut po ósmej. Nic – szefów tak rano jeszcze nie było, a koledzy raczej nie doniosą – pięć minut to nie spóźnienie. Robiąc sobie kawę i siadając do komputera żałował, że Jenot już z nim nie pracuje – byłby partner do porannego dymka, a teraz przed firmą stałyby dwa motocykle – co zawsze planowali, gdy Jenot przyjeżdżał na Cześce, a Kapitan męczył się z remontem poprzedniego. Życie jednak lubi być złośliwe – codziennie Kapitan zgrzytał zębami z zazdrości, że Jenot może jeździć, Jenot zgrzytał ze złości, że Kapitan jeszcze nie zrobił motocykla, i codziennie obaj myśleli albo rozmawiali o tym, jak to będzie wspaniale, gdy w końcu obaj będą dojeżdżać do pracy na kołach
– przed lub po pracy będzie można się gdzieś przejechać – po prostu będzie super. Ostatecznie Kapitan sprzedał „trupa” po odpaleniu – bo dalszy remont się nie kalkulował i postanowił kupić coś w lepszym stanie. Tymcza­sem kilka tygodni wcześniej Jenot rozstał się z pracą, a Kapitan został sam, bo poza Jenotem nie pracował tu nikt, kto podzielałby jego motocyklową pasję.

Oczywiście, przyjaźń z Jenotem nie była zależna od pracy, bo znali się już wiele lat wcześniej, ale mimo wszystko Kapitan czuł się nieswojo patrząc na puste miejsce przy komputerze obok.

* * *

Gryka, jak zwykle, spóźnił się o kilka dni, ale w końcu motocykl był gotowy i Kapitan mógł go odebrać. W weekend wymienił wydechy na oryginalne, z wkładem tłumiącym, dzięki czemu mijani ludzie nie musieli już zatykać uszu, a Jawa zaczęła chętniej odpalać. Wtedy też z Jenotem odbyli pierwszą honorową przejażdżkę po osiedlu. Jawa paliła już jak należy, ale nadal wyglądała odstraszająco i nie działało oświetlenie.

–    Nie no, tu ci nic nie zrobię – Jenot zabrał miernik od plątaniny kabli, które od dobrej godziny starał się opanować. – Pojedziemy do mnie, zostawisz na kilka dni i się to zrobi – miejsce w garażu jest.
–    Kurde, tak bez świateł, migaczy, rejestracji, OC i tak dalej… Bocznymi pojedziemy może?
–    Jak bocznymi? Przez miasto?
–    Fakt – zapalili papierosy. – Więc jedziemy na tzw. przypał?
–    Czyli, jak zwykle!

Było wczesne popołudnie, gdy wyruszyli w gąszcz ulic. Ciepła niedziela zachęciła wszystkich do wyjazdu w miejsca o większym nagromadzeniu wilgoci, z dodatkiem żółtego piasku i zieleni, więc ruch był szczątkowy. Gdzieś w połowie drogi Jawa zaczęła inaczej chodzić i spadła jej moc. Krótki rzut oka do tyłu powiedział wszystko: padł jeden garczek.
–    Stary! Padł ci jeden garczek! – Jenot przekrzyczał dźwięk silników.
– Zjeżdżamy na bok?
Kapitan poczekał chwilę, czy nie pojawią się nowe odgłosy z gatunku tarcia, pękania, stukania – nie pojawiły się, obejrzał się na wszelki wypadek, czy nic nie gubi – nie gubił.
–    Nie, spoko! – wykrzyczał. – Jedzie, to dojedzie!
Jenot wzruszył ramionami.

Wkrótce byli na miejscu. Po krótkich poszukiwaniach przyczyny awarii okazało się, że padła świeca. Jenot próbował dojść do ładu z kablami, a Kapitan zabrał się do odkręcania blach, które postanowił pomalować na jakiś rozsądny kolor.

–    I patrz, kurcze… – zrobili sobie krótką przerwę na piwko i papierosa. – Tyle czasu czekaliśmy, żeby wspólnie do pracy jeździć, a kiedy w końcu będziemy mogli, to „dupa blada”, jak to mówią…
–    Fakt – Jenot zamyślił się. – Lipa wyszła, ale sam wiesz, że innej opcji nie było.
–    Nie było, nie było… Irytuje mnie tylko, że akurat teraz.
–    Cóż, nasze wydumane „easy ride”… Szkoda, ale wszechświat ma właśnie taką tendencję, że jego perwersyjna natura dąży ciągle do maksimum, złośliwie i na przekór. Za bardzo chcieliśmy po prostu – byłoby pięknie móc oderwać się od wszystkiego i pojechać, po tych ośmiu godzinach nerwów, prosto przed siebie. Wiesz – widać ostatnio nie w modzie jest wyrywanie się na wolność z trybików tej durnej maszyny, jaką jest szare życie, ze schematu: praca – dom – praca – bez chwili wytchnienia od beznadziejności dnia codziennego. Po co mamy choć przez chwilę czuć się dobrze i zapomnieć, że naszym zadaniem jest zapitalać wedle utartych schematów? Los widać nie lubi, jeśli ktoś ma inne zdanie na ten temat i robi zawsze wszystko, aby pokrzyżować mu plany… takie bezczelne „life is brutal”.
–    Life is brutal… – Kapitan westchnął. – Dobrze, że przynajmniej w weekendy będzie się dało.
–    Na tygodniu też, nie będę na razie szukał nowej pracy – Jenot pociągnął długi łyk. – Muszę odpocząć po tych nerwach, więc wolnym czasem będę dysponował.

Kilka dni trwało, zanim Jenot doszedł do jakiegoś ładu z elektryką w Kapitańskiej Jawie, a Kapitan pomalował zabrane w plecaku części. Kolor wybrał, wedle własnego uznania – jedyny słuszny, czyli czarny mat. Pomalował w piwnicy farbą w sprayu, mimo iż okazało się to wyjątkowo uciążliwe ze względu na brak wentylacji, ale efekt był wielce zadowalający. Czarny mat zamiast „krzyczącego” koloru nadał Jawie charakteru, o czym przekonali się, gdy w kolejną sobotę przewieźli części do Jenota i złożyli maszynę do kupy.
–    Piękna – Kapitan obszedł motocykl z każdej strony.
–    Faktycznie, kurcze, nieźle to wygląda – Jenot pokiwał z uznaniem głową.
–    Czas na jazdę próbną!

* * *

Godziny dłużyły się straszliwie. Nawet duża ilość pracy, która normalnie zaabsorbowałaby go w stu procentach, dziś zdawała się nie do końca realna, pracował jak w malignie, mechanicznie wykonując czynności. Realny był motocykl, od którego dzieliły go grube ściany. Pierwszy raz przyjechał nim do pracy i świadomość tego doniosłego faktu zajmowała go zupełnie. Starał się walczyć z własnymi myślami, przekonywać, że musi się skupić, że motocykl nie ucieknie i za kilka godzin znów będzie mógł cieszyć się jazdą, ale jego myśli nie chciały słuchać głosu rozsądku. Całym ciałem czuł każdą sekundę tej krótkiej przejażdżki, każde dodanie gazu, zmianę biegu, każdy zakręt i wybój, i tylko ostatkiem woli powstrzymywał się od imitowania pod nosem dźwięku motocykla. Czuł się jak bohater, toczący nierówną walkę z samym sobą, mimo wszystko zmuszając się do zachowania pozorów, robienia tego, co do niego należało. Przypomniał sobie, że ktoś kiedyś powiedział: „Prawdziwy bohater to ten, który wie, że nikt nigdy nie dowie się o jego bohaterstwie” – tak właśnie się czuł, bo z zewnątrz nikt, kto by na niego popatrzył, nie podejrzewałby, jaka walka toczy się w jego wnętrzu, jakie to jest ciężkie… ale trudno byłoby podejrzewać o bohaterstwo kogoś, komu cały dzień głupkowaty uśmiech nie schodzi z ust.
Wczoraj przyprowadził motocykl od Jenota, ale nie miał już czasu, aby gdziekolwiek jechać. Umówili się właśnie na dziś, że po pracy pojadą wprost przed siebie, zrobią to wydumane „easy ride” bez planu i celu, aby choć na trochę się oderwać…

* * *

Było krótko po szesnastej, gdy odpalił motocykl i nieśpiesznie zaczął się ubierać w skórę. Pogoda była idealna, a wieczór zapowiadał się ciepły i spokojny. Kapitan jednak westchnął tylko – dwie godziny wcześniej zadzwonił Jenot przepraszając, że dziś nie da rady, żeby przełożyć wycieczkę na jutro… Wsiadł, wrzucił jedynkę i ruszył wolno w stronę domu.

Dziwnie pusta o tej godzinie droga przecinała wąskie pasmo lasu, na małym wzniesieniu rozdzielała się na dwie odnogi, z których jedna opadała w stronę centrum miasta, a druga biegła bokiem, przecinając je od wschodu. Skręcił w tę pierwszą i wrzuciwszy najwyższy bieg pozwolił motocyklowi staczać się własnym tempem, wsłuchany w miarowy dźwięk silnika, chłonąc jego drżenie przenoszone na całe ciało. To było właśnie to! – tak wyobrażał sobie ten moment i nie zawiódł się – po ośmiu godzinach w pracy, po nerwach i stresie – to drżenie, dźwięk, wiatr – dawały ukojenie, pozwalały odetchnąć i znów cieszyć się życiem. Spojrzał ponad dachami miasta na bezkresne niebo. Gdzieś tam ludzie żyli, pracowali, kochali, marzyli. Gdzieś tam ktoś właśnie się rodził, ktoś umierał, ktoś się radował, a inny smucił. Tam kłębiły się myśli, sprawy, zdarzenia, a on… on był poza tym, on był ponad to – w ruchu, w oderwaniu od tego zgiełku, sam na sam z wszechświatem – stanowiąc jedność z motocyklem – osobny twór, własne państwo, które tylko poprzez przypadkową styczność opon z asfaltem miało coś wspólnego z całą resztą. To było jak olśnienie – to był stan prawdziwej nirwany, która nie dość, że wybuchła w jego mózgu z mocą huraganu, to nadal przybierała na sile. I już wiedział – to było tak proste, że zaczął śmiać się z samego siebie – nie potrzebuje nic więcej poza jazdą, nie potrzebuje nawet Jenota – może przecież jechać sam! – Odkręcił manetkę – Jawa skoczyła do przodu! Ryk silnika, pęd powietrza – WOLNOŚĆ!

Wtem motocykl szarpnął i prychnął, po chwili ponownie – Kapitan, wyrwany nagle ze stanu uniesienia, nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Znów szarpnięcie, prychnięcie – silnik przerwał i znów zaskoczył… przerwał… zaskoczył i zgasł…
To było jak brutalny psychiczny gwałt. Motocykl staczał się siłą rozpędu, zbliżając się do bocznej drogi, prowadzącej wprost przed blok – drogi, którą miał minąć niezauważenie, pędząc na spotkanie z wolnością. Tymczasem zjechał w nią i zatrzymał się po kilkunastu metrach, gdy Jawa wytraciła swój pęd.

Siedział zszokowany, ledwo pamiętając o podparciu się nogami, gdy motocykl stanął. Dopiero po jakiejś minucie zsiadł i spróbował odpalić. Kilka kopnięć nic nie dało. Zrezygnował. Co się stało? Silnik zrobiony, elektryka też – do diabła! Czemu?

Dopiero nagły przebłysk intuicji kazał mu odkręcić wlew do baku. Zajrzał ostrożnie do środka…
–    Life is brutal… – westchnął, zsiadł i popchnął motocykl w stronę domu…

44 Autor: Jacek Łukawski

Opowiadanie pojawiło się w książce „Gawędy Motocyklowe” – Wydawca: Wydawnictwo Motocyklowe 2012,  ISBN: 978-83-934243-0-6

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>