Stalowe Szczury – Gaźnik i sztuka zen

ssr

Kapitan patrzył na miasto leniwie przesuwające się za oknem autobusu. Wio­senne promienie słońca podgrzewały powietrze, zachęcając wszystko, co zielone, do tego, aby zieleniło się bardziej, ptaki, aby jeszcze głośniej ćwierkały, a ludzi, aby pozbywali się nadwyżki odzienia. Wszyscy współpasażerowie sta­rego, miejskiego Jelcza ubrani byli na modłę letnią, bo od ponad dwóch tygodni wiośnie zdawało się, że jest latem i jeszcze w tej sprawie nie była u psychologa. Tylko Kapitan zdawał się tego nie zauważać, odziany w ciężką, czarną skórę okrytą starą, dżinsową kamizelką, co zapewne musiało wzbudzać zaintereso­wanie połączone z politowaniem, tak samo, jak ciężkie, wojskowe buty, które nijak nie przystawały do wszechobecnych sandałów. Ci bardziej spostrzega­wczy mogli dostrzec w kapitańskim plecaku zarys motocyklowych kasków, który pomógłby im, przy odrobinie dobrej woli, wyciągnąć pewne wnioski, ale
w ten rozleniwiający sobotni dzień mało komu się chciało wytężać szare komórki, a i sam Kapitan miał to gdzieś, patrząc w dal, owiewany ciepłym wiatrem wpadającym przez uchyloną szybę.

Autobus, stękając, potoczył się przed siebie, a Kapitan, po zarzuceniu kurtki na ramię, ruszył dalej na piechotę. Kiedyś była to pewnie wioska – wiele lat temu wchłonięta przez miasto, stała się jego dzielnicą, ale bloki z wielkiej płyty nigdy tu nie dotarły. Niska zabudowa – typowe murowane domy, w większości budowane w latach siedemdziesiątych, gdzieniegdzie tylko dało się dostrzec starsze budynki lub nowszą „willę”. Przy drewnianym, zabytkowym kościele skręcił i poszedł wzdłuż fabryki. Dwie charakterystyczne budowle: drewniany kościółek – zbudowany ponoć bez użycia gwoździ i fabrykę – pomnik poprzedniej epoki – lata świetności miała już dawno za sobą. Ale to nie było istotne, w przeciwieństwie do błyszczącej w oddali Cześki, przy której krzątał się Jenot.
–    Jezu! Tylko na nią uważaj – Jenot postanowił pominąć formalności przy ściskaniu dłoni. – Bo nie przeżyję, jeśli coś by jej się stało!
–    No wiesz – obruszył się Kapitan. – O co ty mnie podejrzewasz! Będę ostrożny jak nigdy, w końcu to tylko kilka godzin.
Zapalili i siedli na murku, kontemplując motocykl. Była to piękna Cezetka kupiona kilka miesięcy wcześniej – jeszcze przed zimą – przez Jenota, przez co
o mało nie został wyrzucony z domu razem z motocyklem. Po burzliwych pertraktacjach wyrzucona została Cezetka, a Jenot mógł nadal spać we własnym łóżku i być dokarmiany po staremu, ale z kąśliwymi uwagami dotyczącymi jego nieroztropności. Cezetka przez zimę przestała u sąsiada. Wraz z wiosną przyszło ocieplenie stosunków na linii rodzice Jenota – motocykl i Czesława mogła stanąć w końcu w garażu właściciela.
Jenot, co prawda, jeszcze nie miał prawa jazdy, ale miał już Cezetkę, co było odwrotnością sytuacji Kapitana, który prawo jazdy posiadał, ale motocykla jeszcze nie. Stąd właśnie, gdy już nie mógł wytrzymać, pertraktował z Jenotem wypożyczenie Cześki choć na dzień, aby ukoić wewnętrzną potrzebę obcowania z motocyklem i bycia „motocyklistą”, a nie „piechurem motocyklowym”. Jenot w tej materii, choć niechętny, nie miał do końca wyboru, bo cała jego osobista miłość do jednośladów, jak i wiedza o nich pojawiła się wraz z poznaniem Kapitana, który to swoją pasją motocyklową potrafiłby zarazić i kamień, gdyby dłużej z nim przebywał.

Chwilę jeszcze porozmawiali, po czym Kapitan zaczął się szykować do drogi, wyciągając z plecaka kask, chustę i skórzane bezpalcówki.
–    Byłbym zapomniał – Jenot zapalił kolejnego papierosa. – Wczoraj, jak trochę jeździłem, to coś zaczynała prychać na wyższych obrotach, dławiła się i traciła moc.
–    Spoko, to na pewno gaźnik, jeśli się dziś powtórzy, to przy okazji ci wyreguluję jak należy – Kapitan uśmiechnął się, klepiąc po kieszeni kamizelki, gdzie trzymał klucz i śrubokręt. – Jak wrócę, będzie chodziła jak zegarek!
–    Byle nie ruski! – zaśmiali się obaj.

* * *

Kontrolki zapaliły się, gdy przekręcił kluczyk w stacyjce. Ciche skrzypnięcie odkręcanego kranika, stuknięcie rozkładanego kopniaka. Zatopił na chwilę pływak, po czym kopnął z wyczuciem. Cześka zaskoczyła od drugiego razu
– znaczyło to, że Jenot dziś jej jeszcze nie odpalał.
Pachniała nagrzana słońcem tak, jak tylko potrafi pachnieć motocykl: tą wyjątkową mieszaniną stali, smaru, paliwa i gumy – unikatowy i niepowtarzalny zapach obiecujący radość i przygodę.
Pożegnał się z Jenotem, który raz jeszcze poprosił o odstawienie Cześki w całości, po czym, zostawiając za sobą błekitną mgiełkę, ruszył w stronę miasta.
Motocykl rwał wesoło do przodu po prawie pustej drodze, Kapitan uśmiechał się do siebie – widać sobota zbyt rozleniwiała, aby ludziom chciało się przemieszczać, jeśli nie musieli – pęd wiatru na ciele w połączeniu z drżeniem motocykla, który prowadził, zdawał się boską pieszczotą, której tak był spragniony,
a która wprawiała go w niezrozumiałą dla postronnych ekstazę – to było jak narkotyk: wewnętrzny, osobisty i niezwykle silny. Wskazówka prędkościomierza oscylowała w granicach sześćdziesiątki… po cóż miałby jechać szybciej?
Kapitan zawsze uważał, że motocykl ma w sobie coś zgoła mistycznego, a jeśli nie mistycznego, to na pewno filozoficznego. Jemu, na przykład, jazda dawała wewnętrzną harmonię i spokój, zupełnie jak medytacja, zresztą sam motocykl zdawał się to potwierdzać, zostawiając za sobą dźwięk układający się w słowa: „zeeeennnnnnn zen zen zen zen zen zeeeeeeeeennnnnnnn zeeeeeeeeeeeeeeeennnnnnnnnnnnnnnn…”

* * *

Budynek uczelni w samym centrum miasta odznaczał się irytującym niebieskim kolorem, kiedyś była tu przychodnia, potem budynek kupił miejscowy „czarodziej” i przerobił na szkołę wyższą, której był właścicielem i rektorem. „Biznes is biznes”, kolor szedł w parze z poziomem kształcenia – po odkryciu tego przykrego faktu pozostawało jedynie wzruszyć ramionami i poczekać na „papier”.
Mały parking przed wejściem do uczelni zastawiony był autami. Pomiędzy nimi Kapitan dostrzegł znajomego Trabanta w uniwersalnym „mydlanym” kolo­rze oraz wystającego spod maski Romana, który – „zaalarmowany” dźwiękiem motocykla – musiał zobaczyć, co nadjeżdża.
Koło Trabiego znalazło się wystarczająco miejsca, aby zaparkować Cześkę.
–    A co tam u Jenota? – spytał Roman po rytuale powitania. – Nie kręcił nosem?
–    Kręcił jak zwykle, ale dać – dał. Nie zapomniałem i wziąłem drugi kask, więc po zajęciach jedziemy gdzieś tak, jak planowaliśmy.
–    No, ja myślę! Specjalnie wziąłem skórę!
–    Coś poważnego? – Kapitan wskazał części rozłożone przed Trabim na chodniku.
–    To? Nie, nie – Roman zaczął upychać wszystko pod maską. –  Nie miałem co robić, to poprawiałem to i owo.
Zajęcia zaczynały się za pół godziny, które przesiedzieli na ławce przy uczelni, wygrzewając się w słońcu i rozmawiając ze znajomymi. Studenci zaoczni jakich wielu, których od reszty wyróżniało tylko to, że stroje nie do końca odpowiadały warunkom atmosferycznym oraz to, że na piersiach mieli czarne koszulki ze
specyficznym malunkiem i podpisem „Stalowy Szczur”. Jenot też taką miał, tylko dziś akurat nie założył.

Wykład ciągnął się w nieskończoność, a czas zwalniał biegu z każdym zerknięciem za okno, gdzie piętro niżej stała błyszcząca w słońcu Czesława.
–    Słyszę, jak do mnie mówi – szepnął Roman.
–    Tak? – Kapitan wyrwał się z zadumy. – A co mówi?
Roman westchnął cicho i pokiwał głową.
–    Mówi: „jedźmy gdzieś”, a konkretnie: „hej, chłopaki, co tak będziecie siedzieć jeszcze cztery godziny na tyłku i się nudzić… może byśmy gdzieś sko­czy­li?”
–    Na pewno?
–    Niech mnie piorun strzeli, jeśli kłamię – Roman wyszczerzył zęby
w szczerym uśmiechu. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że ty tego nie słyszysz?
–    Oczywiście, że nie, tylko mnie się zdawało, że mówi: „po co go będziemy brać, tylko ciężej będzie, jedźmy sami”…
–    Bardzo śmieszne.
–    Dobra… – Kapitan pokazał ściskany w ręku kluczyk. – Przerwa za kilka minut – spadamy!

Motocykl pyrkał na wolnych obrotach. Palili papierosy i patrzyli z uśmiechem na kumpli siedzących na wykładzie i przyglądających im się zza szyb.
–    Tak blisko, a jednak tak daleko… – Kapitan podał Romanowi wyciągnięty z plecaka kask, a chwilę potem sam plecak, który miał wieźć jako pasażer.
–    Gdzie jedziemy?
–    To nieistotne, byle dalej, może do ruin zamku na fajkę?
–    Może być.
–    Albo, wiesz co, znajomi imprezowali wczoraj na działce u kumpla. Nie pojechałem ze względu na wykłady, a mam sprawę do jednego z nich. Może tam moglibyśmy na chwilę podjechać?
–    A gdzie to jest?
–    W Pcimiu, jakieś sześćdziesiąt kilometrów od miasta. Nie za daleko?
–    Żartujesz? Powiedz tylko, jak dojechać!

* * *

Wyjechali na trasę, zostawiając za sobą leniwe sobotnie korki przy supermarketach, zawsze czerwone światła i snujących się pieszych. W nozdrza uderzył ich zapach traw i lasu. Przyspieszyli, gdy asfaltowa wstęga rozwinęła się daleko aż po horyzont. Wykłady, uczelniane mury, twarda ławka i godziny w zamknięciu stały się tak abstrakcyjne, jak potwory z dziecięcych bajek. Jechali jakiś czas trasą, potem bocznymi drogami. Roman od czasu do czasu pokazywał, gdzie skręcić.
Zatrzymali się w lasku na papierosa.
–    Czemu ona czasem przerywa?
–    Gaźnik do regulacji – Kapitan leżał na trawie i patrzył na przesuwające się nad drzewami chmury. – Jak jechałem sam, nie było czuć, a teraz, przy większym obciążeniu, daje o sobie znać… ale jedzie – wyreguluję, jak już wrócimy.
Wkrótce, powoli wymijając dziury na nieutwardzonej drodze, sunęli przez jakąś wieś.
–    Co to za dziura? – Kapitan starał się wychwycić fragmenty równej nawie­rzchni. – Innej drogi nie ma?
–    To tu zaraz, starzy kumpla kupili tu tanio działkę! – przekrzyczał dźwięk silnika i wskazał bramę.
–    Jesteś pewien, że kupili? – spytał Kapitan gasząc silnik. – Za te warunki powinni im jeszcze dopłacić!
Stara obora, pamiętająca czasy Gierka, została zaadaptowana kiedyś na coś, co przy odrobinie samozaparcia i braku perspektyw mogło stać się noclegownią. Tam też musiała być impreza, o czym świadczyło kilka „zwłok” rozsianych w pobliżu otworu wejściowego.
„Zwłoki” na dźwięk motocykla i widok gości zaczęły poruszać się niemrawo. Roman zniknął we wnętrzu, a Kapitan został przy, rozpoznanym z trudem, wspólnym znajomym z uczelni.
–    No co tam, Gitek? Nie dotarłeś, widzę, na wykłady.
–    Ssciiszej proszę, staaary… miej litość… taka, chłopie, była baalanga… trzeba było być… przyjechać z Romanem…
Romanowi zeszło około piętnastu minut, po czym odpalili motocykl i ruszyli w drogę powrotną.

* * *

Palili papierosy, siedząc przy drodze.
–    Tą drogą powinno być szybciej – Roman był pewny swego. – Jechałem tędy kilka razy.
–    Spoko, ja tu jestem pierwszy raz, więc i tak muszę zdać się na ciebie – Roman pracował na co dzień jako przedstawiciel handlowy i dymał po całym prawie województwie, starając się wepchnąć coś ludziom, czego nie do końca potrzebowali, ale jeszcze sobie tego nie uświadomili na tyle, aby stanowczo odmówić. Stąd też jego znajomość dowolnej okolicy w promieniu kilkudziesięciu, a może i kilkuset kilometrów była wielce prawdopodobna. Ponadto w końcu była sobota i był motocykl, więc nie było czym się przejmować.
–    Za jakiś czas dojedziemy do trasy krajowej, a nią prosto do domu.
–    Spoko…
–    Ale, kurcze, mam wrażenie, że teraz bardziej się dławi niż w poprzednią stronę.
–    Faktycznie – Kapitan przeciągnął się i wstał. – Ale jedzie… Jak dotrzemy do miasta, to wyreguluję. Siła spokoju – jedzie, to niech jedzie.
–    Ty wiesz lepiej… Jedźmy!

* * *

Domy i pola przesuwały się po obu stronach. Przyspieszali, gdy jakiś bojowy Burek czy Azor chciał pokazać, kto tu rządzi. Cześka coraz częściej prychała i szarpała, aż w końcu stało się to irytujące. Akurat jechali przez jakąś, zdawałoby się, opustoszałą wieś, kiedy Roman nie wytrzymał i krzyknął:
–    Stary! Może zjedziemy i wyregulujesz, co?
–    Nieee, spoko – Kapitan popatrzył na pustą drogę, która otwierała się za osta­tnimi domami. – Mamy kawałek prostej, to zaraz się tym zajmę!
–    Zjedziesz za wiochą?
–    Nieee, nie ma sensu! I tak problem jest dopiero pod obciążeniem, więc wyreguluję w trakcie jazdy! – pokazał śrubokręt.
–    Jak w trakcie jazdy?
–    Normalnie – sięgnął pod bak i zaczął szukać dłonią właściwej śruby.
– Zaraz zobaczysz!
Po chwili obroty uregulowały się, Kapitan przyspieszył, aż motocykl znów zaczął przerywać.
–    Spoko, wszystko pod kontrolą! – znów wymacał śrubę i po chwili cyrko­wych popisów dłonią przekręcił ją nieco. Silnik się uspokoił, a Kapitan znów przyspieszył.
–    Słuchaj Roman, już kończę!
–    Super!
–    Ale wibracje są za duże, abym w ten sposób skończył!
–    Że cooo?
–    Wibracje! MUSZĘ SIĘ SCHYLIĆ! TRZYMAJ KIEROWNICĘ!
–    COOO???
–    JAJCO! – Kapitan złapał lewą ręką za manetkę. – ŁAP za „kierę”, a w razie co krzycz i wysprzęglaj! – po czym zanurkował na prawą stronę w poszukiwaniu śruby.
Mocował się chwilę, ale trafił! Odkręcił manetkę jeszcze trochę i płynnie śrubę… Manetka jeszcze trochę i śruba… Jeszcze…
WIU! Coś mignęło i poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła. Wyprostował się natychmiast, łapiąc kierownicę jak należy – jechali w dół, nacisnął na hamul­ce.
Motocykl zatrzymał się kilkadziesiąt metrów dalej. We wstecznych lusterkach Kapitan zobaczył ścianę tirów, przelatującą z lewej na prawą i odwrotnie.
–    Co się stało?
–    Kurka! Właśnie przecięliśmy „krajówkę”! – Roman siedział wysztywniony
z oczyma jak pięciozłotówki. – Jesteś POWALONY!
–    Ja? – obruszył się Kapitan. – Przecież mówiłem, żebyś krzyczał w razie co! Czemu nie krzyczałeś!?
–    Bo nie zauważyłem! Patrzyłem, co robisz! A potem o mało się nie zesrałem, kiedy było za późno! Jesteś POWALONY!
Kapitan chciał oponować, ale zrezygnował. Chwilę siedzieli bez ruchu, aż
w końcu westchnął:
–    Ale posłuchaj tylko, jak pięknie chodzi…
–    Jesteś POWALONY!

A Cześka mruczała wesoło: „zen zen zen zen zen zen zen zen zen…”

 

16

Autor: Jacek Łukawski

Opowiadanie pojawiło się w książce „Gawędy Motocyklowe” – Wydawca: Wydawnictwo Motocyklowe 2012,  ISBN: 978-83-934243-0-6

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>