Sokół

sokol

To był początek, pierwsze dni. I choć przez kilka następnych lat, aż do samego końca, widziałem więcej niż byłbym w stanie i chciał zapamiętać. Mimo iż byłem świadkiem nieszczęść i radości, nadziei, zwątpienia, zwycięstw i porażek. Mimo iż poznałem tak wielu ludzi, tak wielu z nich pożegnałem, aż zacierają się w mojej pamięci… Mimo to twarzy tego chłopaka nie jestem w stanie zapomnieć. Gdy tylko przywołam wspomnienia, widzę go tak wyraźnie, jakby to było wczo­raj, jak gdybym cofnął się w czasie i ponownie był w tamtym lesie we wrześniu trzydziestego dziewiątego…

Zmobilizowany w mobilizacji alarmowej, trafiłem do dwunastego batalio­nu pancernego, wchodzącego w skład dwudziestej pierwszej dywizji pancernej. Siedemnastego sierpnia w Łucku złożyliśmy przysięgę, a następnego dnia ruszyliśmy pociągiem przez Lwów, Kraków i Częstochowę do Woli Jasienickiej, gdzie dziewiętnastego zostaliśmy zakwaterowani i oddani pod rozkazy dowódcy Wołyńskiej Brygady Kawalerii.

Dwudziestego ósmego sierpnia generał Rómmel dokonywał przeglądu dywizjonu. Nie widziałem jego twarzy, a jedynie sylwetkę. Oślepiało mnie słońce. Generał szedł wzdłuż szpaleru lekkich czołgów, za którymi staliśmy my. Naszych osiem Sokołów ustawionych równo jak od linijki, prezentowało się tak dumnie, jak to tylko było możliwe. Dalej artyleria, kawaleria i piechota…

Pierwszego września wcześnie rano zobaczyliśmy bombowce. Szły w kierun­ku Częstochowy. Wkrótce potem nadeszły niemieckie czołgi, rozległy się
pierwsze salwy. Byliśmy przygotowani.
Nie byłem na pierwszej linii. Wpierw kursowałem pomiędzy stanowiskami artylerii, a potem, gdy „Śmiały” otworzył ogień wspierając czwarty szwadron, zostałem łącznikiem pomiędzy nim a sztabem. Ostatni meldunek odebrałem z pociągu tuż przed jego wycofaniem.

Mimo iż udało nam się odeprzeć atak, zapłaciliśmy za to wysoką cenę. Nie mieliśmy większych szans, by przetrwać następny dzień. Gdy tylko zapadł
zmierz­ch, zaczęliśmy się wycofywać pod ogniem niemieckiej artylerii. Wycofywaliśmy się na wschód, starając się opanować chaos. Wtedy pierwszy raz miałem szczęście. Odłamek z eksplodującego nieopodal pocisku trafił w kosz, urywając koło. Siła uderzenia przewróciła motocykl tak, że znalazłem się pod nim. W pierwszej chwili myślałem, że już po mnie, ale jakimś cudem nic mi się nie stało. Sokół też nie ucierpiał, prócz gondoli. Ktoś mi pomógł – nie wiem nawet kto. Przy słabym świetle i w huku wystrzałów nie patrzyłem na twarze. Odkręciliśmy pogięty stelaż wózka i ruszyłem solo w ślad za towarzyszami z mojego oddziału.

Około dziesiątej rano dowódca grupy, w której się znalazłem, wysłał mnie na tyły. Moim głównym zadaniem było ustalenie, czy nieprzyjaciel podąża naszym śladem. Drugim zadaniem było wypatrywanie naszych i w razie spotkania przekazanie naszej pozycji. Ktoś dał mi visa, ktoś inny lornetkę, mapę i manierkę. Moje przydziałowe zostały tam, gdzie postrzelony kosz…

Wskoczyłem na motocykl i ruszyłem po naszych śladach. Byliśmy na otwar­tej przestrzeni, na ogromnych łąkach, których ominięcie było zbyt ryzykowne i czasochłonne. Parliśmy więc naprzód drogą, byle jak najdalej, licząc na szczęście. Droga biegła przez wzniesienie bogato porośnięte drzewami, które wybrałem na mój punkt obserwacyjny. Ostatnia ciężarówka zjeżdżała właśnie z pagórka. Jadący z tyłu żołnierze pomachali mi smutno.
Wśród drzew byłem niewidoczny, a podwyższenie terenu dawało mi świetny widok na drogę zarówno w stronę, gdzie oddalała się nasza kolumna, zmierzając w stronę lasu, jak i przede wszystkim w przeciwnym kierunku, skąd nadjechaliśmy i skąd mogłem spodziewać się nieprzyjaciela lub, w co powoli zaczynałem wątpić, innych grup naszych żołnierzy. Dalej nie było sensu jechać – droga wiodła lasami, a to już byłoby samobójstwo.

Wjechałem na szczyt i oparłem motocykl o jedno z drzew, starając się, aby nie był bardzo widoczny z drogi. Właśnie rozglądałem się za gałęziami, którymi mógłbym go dodatkowo zamaskować, gdy usłyszałem, że coś nadjeżdża. Po chwili na polanie pojawił się samotny motocykl. Nie było wątpliwości: to jadący naszym śladem Niemiec! Rzuciłem okiem na wciąż świetnie widoczną naszą kolumnę, której dopiero pierwsze pojazdy skryły się między drzewami. Nie ma szans. Gdy szwab wjedzie na wzniesienie, zobaczy ich jak na dłoni. Skoczyłem za drzewo i wyciągnąłem pistolet. Pierwszy raz będę do kogoś musiał strzelić, aby zabić. Upewniłem się, że w magazynku są naboje i odbezpieczyłem broń. Stróżki potu spłynęły mi po karku. Dźwięk silnika zbliżał się. Był tuż, tuż… Żeby tylko nie zdążył zawrócić…
Nagle silnik zamilkł. To mnie zaskoczyło… Zatrzymał się? Pozostałem nieruchomy i nasłuchiwałem. Coś robił – szczęknęło metalicznie. Przekląłem w duchu, że zajmując pozycję, nie pomyślałem o tym, aby mieć widok na drogę. Skupiłem się na elemencie zaskoczenia, że wyskoczę nagle, jak tylko mnie minie lub zacznie zawracać. Tymczasem sam zostałem zaskoczony tym, że się zatrzymał i zgasił silnik. Nie ma czasu, trzeba działać! Zerwałem się i wyskoczyłem na drogę!
–    Hände hoch! – mój okrzyk był spóźniony, bo zrywając się, narobiłem tyle hałasu, że przywitała mnie wymierzona w moim kierunku lufa. Odruchowo zamknąłem oczy, szykując się na strzał.

Cisza…

Podniosłem powieki i zobaczyłem, że on robi to samo. Tak samo jak ja, szykował się na strzał… ale czemu nie pociągnął za spust? Czemu ja nie pociągnąłem? Patrzyliśmy sobie prosto w twarz, prosto w oczy. Obaj z bronią gotową do strzału, wycelowaną w drugiego… w przeciwnika i we wroga. Miałem w pamięci twarze martwych kolegów, którzy zginęli wczoraj i dziś, a jednak nie potrafiłem…
Staliśmy tak. Ja przy drzewie, a on przy motocyklu, z którego zdjął radiostację i zdążył już przymocować antenę. Przyglądaliśmy się sobie w milczeniu nieznośnie długo. W końcu zobaczyłem, że zerka gdzieś za mnie.
–    Dies ist einhundertelf? – zapytał drżącym głosem.
–    Ja… – odparłem cicho, zdziwiony, że pyta o motocykl.
–    Sehr gute Maschine… – powiedział już trochę pewniej i bardzo powoli zaczął opuszczać broń, znów wpatrując się prosto w moje oczy.
Patrzyłem również w milczeniu… gdy lufa jego pistoletu skierowała się gdzieś w bok, w ziemię, przełknąłem ślinę i zdołałem powtórzyć:
–    Sehr gute…
Równie powoli i ja skierowałem broń w inną stronę. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu, po czym wolno, bardzo wolno, schował pistolet do kabury. Zrobiłem to samo.
–    Jestem Peter… – powiedział. – Byłem kierowcą rajdowym zanim to się zaczęło… Mówisz po niemiecku?
Pokiwałem głową.
–    Mogę podejść i obejrzeć?
–    Tak… jestem Staszek – przedstawiłem się. Skinął głową i z wyraźną satysfakcją zaczął oglądać Sokoła.
–    Naprawdę piękny motocykl. Dobra konstrukcja. Nigdy wcześniej nie miałem możliwości go obejrzeć…
Poderwał się tak nagle, że odruchowo sięgnąłem po pistolet, ale Peter tylko wyciągnął zegarek:
–    Muszę nawiązać łączność. Powinienem to zrobić dużo wcześniej.
Skinąłem głową. Cóż mogłem zrobić innego…
Ze skrzynki swojej Dekawki wyciągnął hełmofon. Chwilę później radiostacja ożyła. Słyszałem tylko jego głos:
–    Melduje się H128! Melduje się H128! Nie mogłem nawiązać połączenia… zakłócenia… tak… na pozycji… żadnych śladów nieprzyjaciela! Powtarzam: żadnych śladów nieprzyjaciela! Tak… tak jest!
Wyłączył radiostację. Nie wiedziałem, co powiedzieć.
–    Musisz już jechać – powiedział poważnie. – Moim śladem ruszył drugi
zwiad, zaraz tu będzie.
Jakby na potwierdzenie jego słów od strony lasu usłyszeliśmy powoli narastający warkot.
–    Peter… – chciałem coś powiedzieć, ale mi przerwał:
–    Jedź już i… – uścisnęliśmy sobie dłonie – …i powodzenia – zawahał się na moment. – Staszek, bardzo mi przykro…
Kiwnąłem głową.
–    Powodzenia!

Przez kilka następnych lat wojny przeżyłem tyle, że nie sposób było się z tym pogodzić ani zapomnieć, ale tamto spotkanie drugiego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego na zawsze wyryło się w mojej pamięci. Twarz tego chłopaka – Petera – jego spojrzenie, gdy tylko krok dzielił nas od tego, aby się pozabijać… To spojrzenie towarzyszyło mi potem cały czas, pozwalając nawet w chwilach największego zwątpienia nie zapomnieć, że oni też są ludźmi i że jest coś ponadto…

sokol

Autor: Jacek Łukawski

Opowiadanie pojawiło się w książce „Gawędy Motocyklowe” – Wydawca: Wydawnictwo Motocyklowe 2012,  ISBN: 978-83-934243-0-6

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>