MOTOCYKLIZM TWORZĄ LUDZIE

normal_DSC01063

Wywiad z Krzysztofem „Mad Maxem”.

 

Motocyklizm tworzą ludzie. Dawniej miejscami spotkań były kawiarnie, zloty, rajdy, czy po prostu trasa lub ulica. Wraz z pojawieniem się Internetu pojawiły się nowe drogi komunikacji. Motocykliści mogli się „spotykać” i „poznawać” wirtualnie poprzez fora internetowe.
Jednym z pierwszych takich forów w Polsce było riders.pl – w pewnym momencie elektroniczna mekka miłośników jednośladów, gdzie byli lub bywali prawie wszyscy, którzy kochali motocykle i mieli dostęp do Internetu. Bywałem tam i ja łącząc się przez telefoniczny modem, licząc każdą cenną minutę połączenia i chłonąc wirtualnie klimat, poznając ludzi, z którymi później można było spotkać się na żywo i ogólnie „żyjąc motocyklowo na szerszą skalę”.
Ten portal był wyjątkowy, tak samo jak ludzie, którzy go odwiedzali i człowiek, który go stworzył. Riders.pl poszerzył horyzonty pasji motocyklowej nadając jej nowy wymiar, pozwalając na swobodną wymianę myśli, poglądów, pomysłów i inspiracji, na dzielenie się swoją pasją i poznawanie nowych ludzi, którzy też tą pasją byli zarażeni.
Portal się narodził, rozrastał, osiągnął apogeum i zaczął kurczyć, gdy wraz z łatwiejszym dostępem do sieci zaczęły, jak grzyby po deszczu, powstawać kolejne fora, serwisy i portale. Dziś wciąż działa na marginesie Internetu i choć w obecnych czasach mamy setki i tysiące możliwości kontaktu z ludźmi o podobnej pasji, na riders.pl wciąż spotkać można ludzi, którzy byli tam na długo zanim powstały „krzykliwe” media społecznościowe i miliony kolejnych stron.
Jak powstał, kto go stworzył i dlaczego, jak się rozwijał i czemu jego chwała przeminęła? – aby uzyskać odpowiedzi na te pytania, postanowiłem sięgnąć do źródła, czyli porozmawiać z jego twórcą (Krzysztofem Laską) „Mad Maxem”.

riders

Zacznijmy od początku – powiedz coś o sobie.
Uwierz mi, nie ma o czym mówić. Przeciętny, motocyklowy Kowalski, może jedynie z większą niż przeciętna domieszką życiowego pecha. Być może też zacząłem nieco wcześniej niż inni, bo pierwszego Junaka (ale takiego prawdziwego;)) kupiłem w wieku 16 lat. W dodatku musiałem go sobie sam poskładać z części…

Dla dzisiejszych młodych motocyklistów to byłoby chyba niemożliwe – o wiele prościej przecież, gdy rodzice kupią nowy motocykl w salonie. Ty natomiast musiałeś zapracować na to, aby wsiąść na wymarzoną maszynę, przy okazji ucząc się mechaniki – opowiedz proszę o tym.
Taka była codzienność wielu dzieciaków w tamtym okresie. Kiedy za pasją nie szły pieniądze rodziców, trzeba było sobie jakoś radzić. Kolejnym problemem było posiadanie więcej niż jednej pasji. W moim przypadku była to gitara. Często więc bywało tak, że wiosną próbowałem sprzedać gitarę, żeby kupić motocykl, a jesienią odwrotnie. W pewnym momencie udało mi się jednak być w posiadaniu około 6 Junaków i kilku gitar do kompletu. Przy czym przynajmniej jeden egzemplarz z każdej kategorii był sprawny, reszta zazwyczaj w częściach, w trakcie przeróbek, napraw itp.

Teraz wcale nie jest tak zupełnie inaczej. W dalszym ciągu cała masa młodych pasjonatów zasuwa zarobkowo w wakacje i w wolnych chwilach na to, aby kupić sobie pierwsze dwa koła. Zmieniło się tylko to, że dziś jest znacznie większy wybór, możliwość zakupu na raty itp. Nie wszyscy dziś przecież dostają na osiemnastkę R1 😉

dsc_0370
Jak sprawował się ten pierwszy Junak i co się później z nim stało?
Pierwszy Junak – w zasadzie jeździł. Kilku rzeczy nigdy w nim nie dokończyłem. Teraz wstyd się przyznać, ale wówczas dostał to, co było najbardziej pożądanym wyposażeniem Junaka: szprychowaną obręcz z oponą od Syreny z tyłu, małe kółko od Jawy czy MZ z przodu i nieco przedłużone teleskopy. Do tego alternator PF125p, zbiornik od M-72, profilowane siedzenie, reflektor od ciągnika, kierownica od bodajże motorynki – i chopper na miarę demokracji ludowej gotowy. O ile pamiętam, to kupił go ode mnie Gary z Jeleniej Góry, dopracował, poprawił, pochromował to i owo i wygrał jakąś nagrodę za najładniejszego Junaka na którymś zlocie… ale to były lata 80. Teraz wolałbym sobie paluchy połamać, zanim cokolwiek odciąłbym lub przyspawał do Junaka. Żałuję, że nie został mi żaden.

Jak wtedy wyglądały motocyklowe realia, gdzie koncentrowało się „życie”, gdy Internet dopiero raczkował?
Internet wówczas w zasadzie nie istniał. Przynajmniej dla mnie. Mówimy o czasach, kiedy zdobycie stacjonarnego telefonu wciąż jeszcze było dla większości ludzi problemem. W dodatku pogłowie motocyklistów było mizerne. W moim mieście było nas kilkunastu, może do kilkudziesięciu w porywach. Mówię o motocyklistach – pasjonatach, bo użytkowników wożących fumkami płody rolne na okoliczne targowiska było więcej. I wszyscy się znali. Życie motocyklowe polegało na tym, że albo umawialiśmy się gdzieś większą grupą, albo jeżdżąc od kumpla do kumpla zbierało się chętnych do pojeżdżenia. Przy czym wiadomo: Junaki, ruski – zawsze komuś coś odpadło, ukręciło się lub pękło. Mówiło się u nas o jeździe „wokół komina”, bo dopóki widać było charakterystyczny komin zakładów Chemitex-Celwiskoza (późniejszy Jelchem), człowiek miał świadomość, że nawet w razie awarii motocykla, wrócić do domu będzie stosunkowo łatwo – choćby na sznurku. Niektórzy przezornie nie wypuszczali się dalej ;). Pojeżdżenie zazwyczaj zawierało dłuższy postój na colę, herbatę, pierogi albo inne atrakcje kulinarne. W zasadzie uprawialiśmy wówczas cafe racing nawet o tym nie wiedząc ;).

Z drugiej strony, wyprawa Junakiem z Jeleniej Góry nad morze, to była wyprawa. Wiązała się zazwyczaj z drobnymi lub grubszymi naprawami, szukaniem części u okolicznego „wujka”, którego szefowa miała psa od kobiety, której mąż był lekarzem i raz leczył faceta z PGR-u, który na zmianę jeździł traktorem z gościem, który ma Junaka”. Do tego kupowanie paliwa na lewo w krzakach – bo przecież na kartkowym nie dało się dojechać nad morze. Czas przygód i emocji – to se ne vrati ;). W nieco późniejszych czasach, kiedy nikomu nie przyszła jeszcze do głowy ochrona danych osobowych, można było zajrzeć na stronę internetową i znaleźć listę adresów motocyklistów, którzy oferowali pomoc, ewentualny nocleg, posiłek, czy choćby tylko towarzystwo do posiedzenia i pogadania. Mogli też polecić zaufany warsztat albo pożyczyć narzędzia. Dziś – zupełnie nie do pomyślenia. Ale dość o tym, bo przypomina mi się powiedzonko, że starą dupą stajesz się w momencie, kiedy więcej czasu spędzasz wspominając przeszłość, niż myśląc o przyszłości ;).

DSC01304

Kiedy pomyślałeś o stworzeniu portalu dla motocyklistów, co było „motorem” do działania i skąd sam pomysł?
Pomysł zaistniał niejako sam. Jeśli człowiek ma stały dostęp do Internetu (symetryczny i synchroniczny FR 1Mbit/s w tamtych czasach to był przedsionek kosmosu), kawałki jego rozbitego motocykla spoczywają w czeluściach piwnicy, a uszkodzony w wypadku kręgosłup zrasta się powoli i boli, to chęć zrobienia „czegoś” w temacie, przychodzi automatycznie. Początki to była moja prywatna strona. Obserwując to, co usieciowieni motocykliści pisali na listach dyskusyjnych, zacząłem do niej dokładać nowe elementy: ogłoszenia, kalendarz imprez, opinie o dealerach i warsztatach, galerie zdjęć itp. W internetowych archiwach zachowała się nieco poszarpana, któraś z kolejnych wersji: http://web.archive.org/web/19990125090718/http://madmax.dip.pl/
W miarę jak przybywało funkcji, strona stawała się coraz mniej „moja”, a coraz bardziej publiczna. Stąd pomysł, żeby zarejestrować domenę riders.pl i tam przenieść całą pozaprywatną zawartość i funkcjonalność. Marzył mi się wolny (w sensie wolności, nie szybkości ;)), otwarty serwis nie tyle o motocyklach, co dla motocyklistów, z zawartością tworzoną przez użytkowników.

Początki były trudne? Jak to wyglądało?
Było trudno – w sensie technicznym. W powszechnym użyciu przy tworzeniu interaktywnych stron i skryptów CGI był Perl – o którym wiedziałem głównie tyle, że jest. PHP – jak dla mnie nieco łatwiejsze w użyciu – dopiero wypływało na szersze wody. Nigdy wcześniej nie programowałem niczego bardziej skomplikowanego niż DOSowe pliki wsadowe. Musiałem się więc wszystkiego uczyć praktycznie od zera. Ale ma to swoje dobre strony. Z wielu doświadczeń zebranych wówczas, korzystam do dziś. Niekoniecznie w odniesieniu do riders.pl, ale w codziennej pracy.

Portalowi przybywało nowych użytkowników, rozwijał się, pojawiały się nowe pomysły – opowiedz o tym okresie.
Bardzo się cieszyłem, że serwis zaczął żyć własnym życiem. Sądząc po ilości stale obecnych użytkowników, był przydatny. Starałem się reagować na sugestie użytkowników i dopinałem nowe funkcje. Wprawdzie nie szło to w oczekiwanym kierunku, ale też nie zakładałem nigdy sztywnych ram rozwoju.

Pierwszy zlot był wydarzeniem? Ile osób przyjechało? Jak go wspominasz? – poznałeś ludzi, którzy w części przynajmniej byli dotychczas tylko nickiem na forum…
Nie byłem na pierwszym zlocie riders.pl. Na drugim pewnie też nie. Długo lizałem rany po wspomnianym wypadku. Przy czym bardziej chyba dotkliwe były rany finansowe, bo tak się jakoś złożyło, że za raczej długi okres leczenia i rehabilitacji nie zapłacił mi ani ZUS, ani pracodawca…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jak doszło do tego wypadku i czemu zostałeś z tym sam?
Proza życia. Niedziela, pusta ulica w środku miasta, sprawna sygnalizacja świetlna i kierowca auta zagadany z pasażerkami, a następnie lewoskręt w jego wykonaniu – wprost przed moje koło. Bęc, najpierw nie boli, potem boli, karetka, szpital, prześwietlenie, diagnoza – złamane i przemieszczone dwa wyrostki poprzeczne, czy jak się te wynalazki w kręgosłupie nazywają. To był moment, w którym zatrudniająca mnie firma zmieniała formułę działalności: z jednoosobowej stała się spółką. W związku z tym tuż przed wypadkiem otrzymałem wypowiedzenie umowy o pracę, oraz nową umowę o pracę – już ze spółką. Stąd problemy z uzyskaniem zasiłku chorobowego, a potem zwrotu kosztów rehabilitacji itp. Bardzo lubię koty, i mam w charakterze coś kociego – kiedy coś jest nie tak, kiedy jestem chory, uszkodzony albo coś mi się wali w życiu – izoluję się. Unikam wszystkich, dopóki nie wyjdę na prostą. Inna rzecz – obserwuję wtedy, jak łatwo jest zostać samemu w czarnej dupie i jak trudno jest się później z niej wygrzebać. No i przyjaźnie się weryfikują. Te tak zwane. Te prawdziwe nabierają mocy.

Co było potem, gdy już stan zdrowia pozwalał?
Potem udało mi się w końcu kupić kolejny motocykl – wybitną minę – ale cóż. Nie należy decydować się na zakup po tygodniowej imprezie. Szczególnie, jeśli sprzedającymi są Zając i Cyryl z Lublina. Kolesie wykorzystali stan napalenia spowodowany kilkuletnią przerwą w jeżdżeniu. Dzięki nim, moja aktywność motocyklowa odsunęła się w czasie o kolejny rok. Serdecznie ich „pozdrawiam”. Ale w końcu udało się uruchomić padakę i zacząć znów jeździć. Przynajmniej tyle, na ile pozwalał chronicznie nadszarpnięty budżet 😉

Jak portal działał w najlepszym okresie? Ile osób go odwiedzało, co się działo?
W szczytowym momencie zaglądało do nas ponad 100.000 ludzi miesięcznie. Dostępnych było sporo „usług dodatkowych”: działał czat, dzięki któremu można było na żywo pogadać z ludźmi z drugiego końca świata – np. pełniącymi służbę na morzu. Prężnie funkcjonował dział ogłoszeń kupna/sprzedaży. Przez długi czas dostępne było archiwum usenetowych grup dyskusyjnych, poświęconych motocyklom – w tym także pl.rec.motocykle. Oprócz funkcji archiwalnych, spełniało także rolę bramki www<>usenet, dzięki której z dostępu do usenetu mogli korzystać ludzie z zablokowanym przez swoich administratorów portem 119. W galeriach użytkowników znalazło się też ok 25000 zdjęć.

dsc_0369
W pewnym momencie nastąpiło apogeum, po którym powoli ilość użytkowników przestała rosnąć, a potem zaczęła maleć. Czy wtedy zwracałeś na to uwagę? Co uważałeś lub uważasz za powód, patrząc na to z perspektywy czasu?

Riders.pl nie miał być przedsięwzięciem komercyjnym. Ba, można powiedzieć, że był w zasadzie antykomercyjny. Nie było za nim biznesplanu ani ekipy speców od analizy opłacalności, marketingu itp. Serwis powstał spontanicznie i spontanicznie funkcjonował. Cała jego działalność opierała się na mojej osobie, oraz pomagających od czasu do czasu użytkownikach (dzięki!). W „walce o przetrwanie” w „urynkowionym” Internecie nie miałem absolutnie żadnych szans z profesjonalistami, którzy zaangażowali się w tworzenie nowych, dużych portali o motocyklowej tematyce. Inna rzecz, to dająca użytkownikom wiele swobody formuła serwisu, która nie każdemu musiała odpowiadać. To chyba dwa zasadnicze powody spadku popularności w momencie pojawienia się alternatyw.
Zresztą od początku i z założenia miał być tworem autonomicznym, samoregulującym się i pozbawionym atrakcji w postaci moderatorów czy cenzury. Skutek tego był taki, „rozpasana wolność” jednych użytkowników (i użytkowniczek), zaczęła stanowić dyskomfort dla innych użytkowników. Ci ostatni zwracali się do mnie z propozycjami większego zdyscyplinowania tych pierwszych, ale cóż – słowo się rzekło, kobyłka u płota – jak mawiał imć Jakub Zaleski. Jedyne treści jakie zdecydowałem się usuwać, to zdjęcia rozkawałkowanych zwłok motocyklistów po wypadkach. Cała reszta musiała pozostać, chociaż na dyskusje niektórych użytkowników (a szczególnie użytkowniczek) patrzyłem z niejakim zażenowaniem 😉

Pamiętam, że zdarzały się sytuacje niekomfortowe dla innych lub nowych użytkowników.
Tak właśnie było. Ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby odgórnie narzucać zasady traktowania nowych użytkowników. Jeśli ktoś chciał, to przetrwał ten trudny okres bycia „nowym”. Jeśli nie chciał – szedł gdzie indziej.
Tym bardziej, że faktycznie – nowe strony i fora wciąż powstawały. Jedne przetrwały kilka tygodni czy miesięcy, inne działają do dziś.

Riders.pl, mimo iż dziś mało osób go odwiedza, to na zawsze pozostanie legendą. To tu narodziło się wiele pomysłów, akcji, wypraw, a przede wszystkim przyjaźni, które trwają i trwać będą mimo że wciąż wszystko się zmienia wokoło. Co Ty sam zyskałeś dzięki riders? Czy masz jakieś plany w związku z portalem?
Riders.pl wciąż trwa, chociaż nie jest prężnym portalem – jeśli kiedykolwiek był. Odwiedza nas ok 10 tys. gości miesięcznie – chociaż często sam się zastanawiam: po co? 😉 Teraz to jest miejsce, gdzie spotyka się nieliczna grupa osób dotkniętych sentymentem. I tak, jak w małżeństwie z trzydziestoletnim stażem – najczęściej nie trzeba nawet nic mówić, wszystko wiadomo.
Ja osobiście zyskałem sporo nowych znajomych, może też kilku przyjaciół. Zyskałem poczucie bycia pożytecznym w czasie, kiedy do niczego sensownego się nie nadawałem. Poznałem mnóstwo ludzi, często kontrowersyjnych, ale prawie zawsze inspirujących. Nauczyłem się niemało o technologiach używanych do tworzenia podobnych serwisów.

Rozumiem, że na pytanie „czy było warto” odpowiedź jest jedna?
Tak.

Nie myślałeś, aby kiedyś zorganizować zjazd w starym stylu – „byłych użytkowników”?
Nie. Ale mam nadzieję, że kiedyś uda się zorganizować (albo wziąć udział) w imprezie z licznym gronem aktualnych użytkowników. Grupy nieliczne regularnie bywają na Rajdzie Motocyklowym Doliną Bobru, który współorganizuję wraz z Cezarym.

Rajd Doliną Bobru – opowiedz o tej imprezie, bo nie ukrywam, że sam się już kilka razy przymierzałem, aby wziąć w nim udział.
Pomysł został zapożyczony wprost z Rajdu Felkowskiego (www.felkowisko.riders.pl/). Tyle tylko, że wraz z Cezarym z www.strider.pl zmodyfikowaliśmy nieco zasady, a sam rajd przeprowadzamy w okolicach Doliny Bobru na Dolnym Śląsku. To bardzo ładne tereny, a my co roku staramy się przeprowadzić trasę tak, żeby dało się z niej pooglądać nie tylko urokliwe widoki, ale i zaliczyć ciekawe miejsca. Rajd jest wyluzowany, spacerowy, nie liczy się zupełnie czas przejazdu. Można przejechać trasę dowolnym praktycznie motocyklem. Mieliśmy nadzieję, że uczestnicy rajdów zechcą później na własną rękę przyjeżdżać i bliżej zapoznać się z regionem. I tak się dzieje.

Czy masz jakieś pomysły lub plany związane z riders.pl w przyszłości?
Mam kilka. Ale w tym dokładnie momencie stawiam grubą kreskę w moim życiorysie – emigruję. Najbliższy rok czy dwa pokażą, w którym kierunku sprawy się potoczą. Jak zwykle – nic na siłę. Za Młynarskim: „Róbmy swoje!”.

Dziękuję Ci za rozmowę i wspomnienia.
Dzięki.

 

Autor: Jacek Łukawski

Tekst publikowany był w kwartalniku „Swoimi Drogami”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>