Coś utraconego, coś odzyskanego

IMG_0159

Każdy z nas modyfikuje swoje podejście do jednośladów i wszystkiego, co jest z nimi związane. Zmieniamy się my i zmieniają nasze gusta i potrzeby. Taka jest naturalna kolej rzeczy i nie ma sensu postępować wbrew niej, bo będzie to tożsame z postępowaniem wbrew sobie.

Dla jednych motocyklizm sprowadza się do ciągłej gonitwy za nowszym, szybszym, mocniejszym i większym jak gdyby możliwości były nieskończone… Dla innych liczy się ilość żelaza w garażu i zmniejszanie za jego pomocą dostępnej przestrzeni… Kolejni pędzą w nowe miejsca, gdzie jeszcze nie byli nawijając kolejne tysiące kilometrów na motocyklowe koła sprowadzając zwiedzanie świata do perspektywy bolącego tyłka i migających jak w kalejdoskopie krajobrazów… i tak dalej i tym podobne… Każde z nas jest kowalem swego motocyklowego losu i tylko cieszyć się pozostaje, że nikt nam nic nie narzuca… No może poza nami samymi.

Swoją przygodę z motocyklami zacząłem od pojazdów z okresu PRL, które były już wtedy wypierane przez motocykle zachodnie i japońskie, a przez to stały się bardzo dostępne i tanie. Mogłem więc łatwo takie motocykle nabyć i… po spędzeniu wielu godzin w garażu cieszyć się niezawodną maszyną… Choć występują tu dwa przekłamania. Nie miałem wtedy garażu, co wymuszało rozbieranie motocykla na ławce pod blokiem i nie był on później stuprocentowo bezawaryjny. W końcu nie można zbyt wiele wymagać od pojazdy wykonanego z byle czego w czasach, gdy mało kto przejmował się jakością. Jednakże prostota konstrukcji pozwalała na bieżące usuwanie awarii pojazdu we własnym zakresie. Komplet kluczy i kilka zapasowych części w zupełności wystarczyło by podbijać świat na wzór filmowych bohaterów produkcji w stylu „Easy Ridera”.

normal_001481882_520522668008117_1095481807_nride_jaw

Czas płynął i wszystko się zmieniało. Stare motocykle odsprzedałem, a na ich miejsce kupiłem pierwszy motocykl japoński. Pięknego choppera (odczucie oczywiście subiektywne) kawasaki. Miał swoje lata… nawet więcej niż ostatni motocykl jakim jeździłem, no ale jakość wykonania, osiągi, wygoda stanowiły inny świat. Nagle okazało się, że można wejść do garażu, przekręcić kluczyk i ruszyć w drogę ograniczając czynności serwisowe do minimum. Awaria? Nawet jeśli nastąpiła to motocykl trafiał do mechanika, gdzie za drobną opłatą (trzeba wiedzieć do kogo odstawić by nie przepłacać) był naprawiany, a ja mogłem, nie brudząc rąk, mieć znów sprawny pojazd i znów martwić się tylko ilością paliwa w baku i ilością wolnego czasu na jazdę. Wizualne zmiany w motocyklu wprowadzałem na zasadzie zlecenia znajomemu wykonania kierownicy lub wydechu. Kilka banknotów i efekt jest.

w oryginale:

Obraz 211i po drobnych zmianach:

Obraz 019

Obraz 002

Minął rok, drugi, zaczął się trzeci, a wraz z nim zmiana jednego choppera na drugi, większy i mocniejszy. Wtedy już jeździłem zrzeszony w klubie motocyklowym, ba, byłem nawet presidentem jednego z chapterów, co uznać wypada za pełne wejście w świat motocyklowy. Niektórym się wydaje, że kupią motocykl i są motocyklistami – to bzdura. Inni myślą, że wiedzą o co „w tym” chodzi, choć nigdy nie mieli „z tym” do czynienia… mam na myśli kluby motocyklowe. To też bzdura, jeśli ktoś wam powie cokolwiek na temat klubów motocyklowych gdy nie był ich częścią przed dłuższy czas to nie wierzcie mu – to zwykły mitoman. Kluby motocyklowe to odrębny świat. Bardzo ciekawy i w pewnym sensie bardzo pozytywny. Nie idealny, bo taki nie istnieje nigdzie, ale wystarczająco dobrze funkcjonujący by mógł stać się sposobem na życie. Są ludzie dla których przynależność do klubowej rodziny jest esencją motocyklizmu, formą spełnienia i odnajdują się w tym wszystkim świetnie, budując i tworząc klimat… Fajna sprawa, choć nie dla każdego.

 

1500 po zakupie:

face1 copy

i po malowaniu:

 

Obraz 003

IMG_0857 1więcej o obu Vulcanach znajdziecie w tekstach, które pisałem do SD i są też tu na stronie.

Wracając do sedna. Przejeździłem kilka lat japońskimi motocyklami w których prawie nic sie nie psuło. Człowiek szedł do garażu, odpalał i jechał dbając jedynie o poziom paliwa i okresowe kontrole. Nawijałem kilometry w drodze na zloty, spotkania klubowe i wycieczki po okolicy bliższej i dalszej. Zdarzało się, że wsiadałem na motocykl rano, a zsiadałem wieczorem. Fajnie prawda? Powiedzmy…

Wspomniałem o filmie „Easy Rider” w którym bohaterowie przemierzali juesej na swych błyszczących chopperach całkowicie wyalienowani ze społeczeństwa. We mnie również wyrosło poczucie takiej alienacji, ale odwrotnej w pewnym sensie. Miałem niby wszystko: sprawny motocykl, przyjaciół, klub, paliwo, wyjazdy i dobrą zabawę, a mimo to w głębi czułem jak gdyby coś umierało. Jazda motocyklem przestawała mnie cieszyć, stawała się zwyczajna, pozbawiona pierwiastka jakiejś magii, czegoś głębszego. Wsiadałem na motocykl poirytowany, nawijałem kilometry i zsiadałem tak, jak wsiadłem – bez poczucia przyjemności i zadowolenia jakiego oczekiwałem. Dziwne…

Przełom nastąpił przez przypadek. Jeden z przyjaciół postanowił sprzedać motocykl enduro. Co ciekawe, był to czeski motocykl, poczciwa cz 175 fabrycznie „ubrana w kolorowe szaty”. Mało spotykany, a przez to intrygujący. Zaczęło się od żartów, no bo cóż mi po takim małym czymś, co ani nie ma mocy, ani nie jedzie zbyt specjalnie, a w dodatku technologicznie (poza plastikami i hamulcem tarczowym) pochodzi żywcem z komuny… No ale, nie wiedzieć czemu, napaliłem się na to coś i po pewnym czasie stałem posiadaczem.

Pierwsza jazda. Zapalony na pych, bo akumulator padł, i w drogę za miasto. Polne drogi, łąki, las. Godzina w tempie spacerowym i powrót do garażu. Dziwne, ale gasząc silnik czułem się świetnie. Wypoczęty, zadowolony, zregenerowany. Takie niby nic małe, na którym siedziałem jak na psie, a tymczasem dało mi więcej radości, niż miesiąc jazdy chopperem. Pierwsza fascynacja, a potem przejdzie – pomyślałem. Nie przeszło. Każdy kolejny weekend, gdy tylko mogłem, ruszałem na wycieczkę po okolicy. Godzina, góra dwie, po co więcej, skoro dawało mi to relaks i energię na cały tydzień? Ciekawe uczucie mieć piękny motocykl o pojemności 1500, a tęsknić za „małym gównem”… To chwilowa fascynacja – myślałem.

Obraz 017m

2

Obraz 034

Mijały miesiące, a ja coraz mniej jeździłem chopperem, a coraz więcej enduro. Bez względu na porę roku, nagle sezon przestał mieć swój początek i koniec zlewając się w jedną całość na dwóch kołach. Coraz bardziej i wyraźniej odczuwałem różnicę pomiędzy jazdą enduro pełną nieskrępowanej wolności, relaksu, przyjemności, a jazdą szosową która zaczęła stanowić dla mnie irytujący obowiązek. Czułem się coraz bardziej wyalienowany z towarzystwa i światka w jakim funkcjonowałem. Priorytety i potrzeby miałem wręcz odwrotne do tych jakie powinienem, ale cóż… nie każdy musi mieć takie same potrzeby. Dla mnie najwspanialszym i najpełniejszym doświadczeniem okazała się spokojna, turystyczna jazda po drogach i miejscach, gdzie czas się zatrzymał. Odkrywanie dokąd prowadzą leśne dukty, gdzie, ukryte wśród traw, stoją zmurszałe resztki sadyb, stare kapliczki, dwory, cmentarze…

Po pięciu latach pękłem ostatecznie i dojrzałem do tego, by z pełną świadomością powiedzieć, że mam w tyłku pęd jaki towarzyszy „współczesnemu motocyklizmowi”. Nie kręci mnie to w żadnym aspekcie, od lanserki po nadmuchane maszyny… Nie ma się zresztą co rozwodzić.

Postanowiłem, że wrócę do korzeni, że zrobię wszystko by motocykle znów sprawiały mi przyjemność taką, jaką powinny: nieskrępowaną, radosną, dziką i pełną.

Pierwszym krokiem ku temu było wycofanie się ze „światka motocyklowego” i rezygnacja z klubu, a kolejnym sprzedaż choppera. W myśl zasady, iż w przyrodzie występuje naturalna równowaga, i u mnie w garażu brak choppera został zrównoważony nowym pojazdem.

Pojazdem, który stanowi esencję motocyklizmu w moim prywatnym rozumieniu. Pozwala, a wręcz zmusza, do tego, by znać każdą śrubkę lecz daje w zamian wrażenia wyjątkowe. Dniepr MT12 – ruskie żelastwo z napędem na koło wózka i biegiem wstecznym. Toporne do granic możliwości z silnikiem dolnozaworowym, który technologicznie zatrzymał się w latach czterdziestych. Jakość wykonania wyciska łzy z oczu i zmusza do tego, by usiąść i ochłonąć za każdym razem, gdy przyjdzie cokolwiek rozebrać, a mimo to…

IMG_0116

Dzień po kupnie zaglądam do garażu i patrzę na tłustą plamę pod silnikiem. Znaczy, Dniepr oznaczył już teren. Odpalam i ruszam w polną drogę. Wszystko skrzypi, trzeszczy, podskakuje. Skręcam w prawo, chwila zawahania i motocykl jedzie w krzaki. Nie ze mną te numery. Jeszcze raz i tym razem się udaje – nie nakryłem się wózkiem, jest dobrze. Z lewego cylindra zaczyna dymić… no tak, uszczelka pokrywy zaworów nie trzyma i olej wesoło kapie na cylinder… trudno, potem się wymieni. Hamulców brak… trzeba będzie zajrzeć czy tylko regulacja, czy wymiana… jadę przez łąki płosząc stado saren, które migają białymi tyłkami… Piaszczysta plaża nad jeziorem i koła buksują, stoję. Cóż… szarpiąc ustawiam motocykl by nie wjechać w wodę, odpalam stojąc obok i powoli wychodzę zaprzęgiem z piachu. Na razie wystarczy, zawracam do garażu. Parkuję i gaszę silnik. Olej skwierczy na cylindrze dymiąc obficie, czuję zapach paliwa, które poci się przez kiepskie wężyki… trzeb je będzie wymienić… sprawdzam poziom oleju w przekładni… no tak, nic dziwnego, że zgrzytało i wyło… sucho więc trzeba dolać… ciekawe czy uszczelniacze trzymają?… okaże się… Patrzę na odpryski farby i pojawiającą się gdzieniegdzie rdzę… kupa zmęczonego żelastwa przy której zawsze będzie coś do roboty, a mimo to… nie pamiętam kiedy czułem się tak szczęśliwy motocyklowo. Cóż… czas kończyć te wynurzenia, piwo już czeka, z głośnika leci Dżem, a ja muszę sobie trochę ubrudzić łapy w smarze :)

IMG_0048 IMG_0046 IMG_1658 IMG_1656 IMG_1646 IMG_1645 IMG_1643 IMG_1642 IMG_1638

IMG_0259 IMG_0262 IMG_0265 IMG_0267 IMG_0270 IMG_0271 IMG_0274 IMG_0280 IMG_0164 IMG_0150  IMG_0122 IMG_0058 IMG_0055 cropped-06.jpg IMG_0129 IMG_0135 IMG_0136 IMG_0142  IMG_0128

IMG_0039

Pozdrawiam!

7 Komentarzy

  1. Stanisław

    Jacku kopara mi opadła jestem pod wrażeniem lewa w górę tak trzymać
    kiedyś dawno dawno temu miałem Avo Simsona i wiem że już nigdy w życiu nie pokocham żadnego motocykla jak właśnie tego o którym wspomniałem

  2. Brein (Post autora)

    Dziękuję Stanisławie i pozdrawiam serdecznie.

  3. karol

    ja chyba przeczuwając podświadomie skazałem na dożywocie w garażu mój pierwszy „prawdziwy” motocykl CZ175 z ’62 roku, którym zjeździłem za małolata pół kraju. Gdybym go sprzedał to chyba raczej nie pozbierał bym się po tym już, a tak może, kiedyś jak dzieci podrosną, znowu zadymię okolicę najpiękniejszym zapachem na świecie… Na razie niestety z braku czasu na głębsze dłubanie zdany jestem na stare Japończyki ale serce I tak warczy po czesku. A kumpel sprzedał IŻ-a I teraz żałuje… Pozdro dla wszystkich garażowych „szczurów”

  4. Savi

    Jak zobaczyłem zdjęcie ruska z koszem i krzyż, to mi się przypomniał tekst Kristosa, który komentował posiadanie przeze mnie BMW: „Każdy ma swój krzyż”.

  5. Fitter

    I wszystko jest teraz dla mnie jasne. Po prostu wrociles do korzeni.
    Szerokich dróg (i bezdroż) Jacku. I do zobaczenia gdzieś na jakiejś szosie.
    LwG

  6. wilgusiak witold

    moje komplimenty!jest pan jeszcze mlodziencem i nie raz zmieni pan skore.przede wszystkim czlowieka napedza wlasna aktywnosc,nie tylko ruchowa. widac,ze wyszedl pan z sd.ponownie zmusil mnie pan do pewnych wspomnien i refleksji.milosc do junaka nazwalbym teraz glupota ale nikt sie nie dowie ile sprawil mi radosci.jak pieknie trzeszczal stygnacy silnik i jak pieknie pachnial gotujacy sie olej luks-10. obecnie ocenilbym zapach tegoz oleju,jako smrod kociego gowna…ale milosc do avo simsona,ify-bk-350 a przede wszystkim tryumfa-tajgera-pozostala!.nie potrafie tez opisac swoich przezyc rowerowych.jezdzilem rowerem od dziecka,nawet wyczynowo….pierwszy,wyczynowy to favorit,to przepiekny rower,z klejonymi detkooponami/powracaja po 40-latach do wyscigow/.wiele bym oddal,zeby cofnac szas i przejechac sie z lublina do swidnika szosa melgiewska- dzis nie istniejaca z powodu lotniska.byla to waska,brukowa droga,wysadzana poteznymi drzewami/pozniej na jednym z nich zginal znany w swidniku pilot, moj i rodziny kolega ,plk.p./.wzdluz tej drogi,az do samej melgwi staly pracujace stale wiatraki!!!.do dzis slysze skrzypienie tych wiatrakow,grzechotanie trybu w roerze,czuje zapach kurzu z szosy.nigdy nie widzialem tak urokliwej szosy,nawet na mazurach!. mile tez wspominam,czeste upadki,powodujace dotkliwe rany!. drzewa,niestety rosly tuz przy sciezce ,po ktorej dalo sie jechac.nie tylko ja zahaczalem kierownica,lub barkiem. obecnie,jezdzenie rowerem nie sprawia mi kompletnie zadnej przyjemnosci.bakcyl jednak pozostal.juz dawno przestalem bywac w warsztatach motocyklowych,gdzie dlubalem przy motocyklach.przestalem tez skladac rowery.to drogie ale fascynujace hobby.wdarla sie w nasza rzeczywistosc niesamowita technika, niestety ,czyniaca nam spustoszenia w duszach.po obejzeniu 200-konnego ducatti,wiem na pewno,ze swiat oszalal.posiadam w domu motocyklowa lampe,karbidowa!stoi wsrod innych staroci na korytarzu.gdy patrze na nia zastanawiam sie,czy motocyklista wtedy byl mniej szczesliwy…dzieki za genialne wspomnienia.miszcz.

    1. Brein (Post autora)

      To ja dziękuję, Panie Witoldzie, za Pana opowieść i pozdrawiam serdecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>